Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
 Wendigo ~ autorskie 
Autor Wiadomość
Uciekinier Taernijczyk

Rejestracja: 22 Lut 2019, o 15:01
Posty: 1
Podziękowano: 0 raz
Otrzymanych podziękowań: 2 razy
Nick w grze: Filipofidu
Odpowiedz z cytatem
Post Wendigo ~ autorskie
Wendigo
Zapewne wielu z was zastanawia się co to znaczy?
Otóż Wendigo to wielkie człekopodobne ponadnaturalne stworzenie zamieszkujące rzekomo lasy w Quebecu i północnej części Stanów Zjednoczonych.
Ta człekopodobna kreatura powstaje z człowieka odrzuconego przez ukochaną osobę. W czasie dnia posiada ludzką postać i atakuje ludzi, którzy mają z tą osobą coś wspólnego, np. grupę krwi. Według wierzeń Wendigo wyrywa serca swym ofiarom, a sam ma serce z lodu. Boi się jedynie ognia, który może go zabić, roztapiając jego serce.
To dziwne dlatego iż jest to opis iście podobny do współczesnego człowieka, który po odrzuceniu wielkiego uczucia jakim jest miłość, potrafi przerodzić się w taką właśnie bestie.



Rozdział I płonna miłość
-Carter wstawaj już, zaraz zaśpisz do szkoły
-mamo błagam cie… .
-no już, twoja wychowawczyni do mnie dzwoniła
-Jezu i co chciała? (sennym głosem)
-powiedziała że często się spózniasz, więc ruszaj się bo nawet śniadania nie zjesz.
-dobra no
Nie ma nic gorszego niż musowość wstania rano kiedy łóżko jeszcze jest takie milutkie i ciepłe, ale mus to mus. Carter podniósł się ospale z łóżka i udał na codzienny ,,rytuał” .Umył się, ubrał i zszedł na parter do kuchni, aby zjeść coś jeszcze. Niestety jak to bywa przy porannych chęciach do życia , wskazówki zegara były nieubłagane i pędziły przed siebie kiedy młody chłopak chciał sobie jeszcze trochę poleniuchować. Niezjadłwszy śniadania wyszedł z domu w kierunku szkoły.
-świetnie. Musze chodzić do tej zdrewniałej budy jeszcze dwa lata, ehh- westchnął sam do siebie
Widząc już owy znienawidzony budynek jego humor rozświetlił płomyk szczęścia. Była nim Catrine, osiemnastoletnia dziewczyna z sąsiedztwa w której Carter podkochiwał się praktycznie od czasów ósmej klasy szkoły podstawowej. Była ona piękną brunetką o ciemnych oczach, smukłej talii i o cudownym delikatnym głosie. Lubiał z nią rozmawiać. Mógłby zastąpić ją każdą jedną piosenką w swoich ulubionych utworach muzycznych.
-hej Catrine !
-o hej Carter, Ty na czas?-zaśmiała się lekko
-tak wiesz mama zdarła mnie z łóżka i jakoś się zebrałem
-dobra mama
-a jak tam u Ciebie
-właśnie ide na lekcję, także pogadamy potem okej? Paa
-no pa -powiedział smutnym tonem
Jakby nagle jego cały promyk światła przerodził się w blask ciemności. Zwykle nie przejmował się takimi błachostkami ale teraz jakoś go to ruszyło. Chciał tylko pogadać…. .
Zajęcia dłużyły mu się niemiłosiernie. Nie chciał tu być. Wiedział że i tak się tego nie nauczy nawet jakby kładli mu łopatą do głowy. Postanowił przeglądnąc facebooka, sprawdzić czy na messengerze nie ma czasem Catriny. Nie było.
-nic dziwnego, pewnie się uczy, bo przecież jest owiele lepsza w te klocki niż ja-pomyślał
Wybrzmiał dzwonek na długą przerwę, przerwę obiadową. Po paru sekundach w klasie nie było po nim śladu w przeciwieństwie do pozostałych rówieśników. Takiej szybkości domagał się jego brzuch, ponieważ był już naprawdę głodny a może jego serce spragnione tej jedynej? Wiedział żeby zaspokoić żołądek musiał udać się na stołówkę ale żeby zaspokoić swoje serce… no cóż.
Wiedział jedno, że ma dwadzieścia pięć minut. Postanowił jednak wybrać stołówkę. Poszedł razem z Michellem i Franklinem coś zjeść. Michell był przyjacielem Cartera od dzieciństwa, razem bawili się w piaskownicy i przeżywali różne przygody za dzieciaka. Mogli powiedzieć sobie wszystko. Franklin natomiast był synem tutejszego wysoko postawionego urzędnika. Czasami potrafił gadać bez końca o tym co robi jego ojciec gdyż również się tym pasjonował ale wiedział że wtedy przynudza kolegom więc czasami po prostu się zamykał.
-powiem wam, że ostatnio widziałem zajebistą furę, taką właśnie sobie kupie-powiedziawszy pokazał reszcie zdjęcie sportowego samochodu
-no ciekawe ile kosztuje -Michell
-a z dwa twoje życia haha -powiedziawszy to wybuchnął śmiechem razem z Carterem
-no zabawne, Ty weś się lepiej cofnij ze trzy klasy w dół -Franklin
-chłopaki przestańcie już -Carter
-oo a ty coś taki sztywny dzisiaj? -Franklin
-nevermind -Carter
-uuu to pewnie przez te jego laske -Michell
-nie mam żadnej laski -Carter
-okej okej hehe -Michell
Skończywszy kłótnie usiedli do stołu aby zjeść ciepły posiłek który wyglądał co najmniej przyzwoicie. W trakcie jedzenia nie brakowało tematów do rozmowy jednak Carter zdawał być się jakiś nieobecny. Nie było to do niego podobne. Michell i Franklin próbowali poprawić mu humor.
-stary a może by tak jakiś wypad nocny? -powiedział ochoczo Michell
-nieee dziś nie dam rady, muszę pomóc mamie
-no okej -rzekł zrezygnowany
-matko Carter ale zamulasz weś się wyrwij, już dawno nie byliśmy nigdzie -powiedział poddrażniony Franklin
-niee naprawdę dzisiaj nie jestem w stanie -odpowiedział Carter
Zbliżała się końcówka przerwy, Carter rozstał się z kolegami aby udać się pod klasę, gdyż miał zajęcia w innej sali. Po drodze spotkał Catrine, ich oczy na moment się zetknęły w momencie kiedy się mijali. Carter poczuł lekkie ciepło bijące od jej ciała i od razu chciał ją zatrzymać ale sytuacja z rana mu na to nie pozwoliła. Miał ją jeszcze w głowie.
-lepiej nie będę jej zajmował czasu -pomyślał
Udał się więc dalej w kierunku sali nr 107. Na zegarku godzina 14:57.
-jeszcze trzy minuty i spadam z tąd -pomyślał niemal wykrzykując to z siebie
W końcu wybrzmiał dzwonek i wszyscy udali się w kierunku wyjścia z klasy, a następnie ze szkoły. Na dziedzińcu Carter dostrzegł jeszcze stojącą Catrine. Była tam z trzema koleżankami. Nie był wstanie zdobyć się na odwagę i umówić się z nią dziś na popołudnie. Walczył chwile sam ze swoim wstydem ale ostatecznie nie ryzykując, udał się w kierunku wyjścia z placu szkoły.
-przynajmniej nie spotkałem chłopaków, pewnie chcieliby znowu mnie wyciągnąć -pomyślał i lekko przyśpieszył jakby zaraz miało się to stać.
Po dwudziestu minutach szybkiego chodu dotarł do domu. Jego mama była w pracy na drugiej zmianie. Pracowała w miejscowym supermarkecie. Nie jest to fucha marzeń ale da się żyć. Jego ojciec zaś miał dobrze płatną pracę, był informatykiem. Niestety do czasu kiedy pewnego feralnego dnia pijany kierowa postanowił wsiąść za kółko i przypadkowo potrącić ojca Cartera ze skutkiem śmiertelnym. Chłopak mono to przeżył. Miał już 16 lat ale i tak nie mógł się długo pozbierać. To właśnie Catrin pocieszała go w tych najboleśniejszych chwilach w jego życiu. Bardzo to doceniał. Ostatnio jednak powoli tracili ze sobą kontakt. Carter starał się go utrzymywać w jak najlepszym stanie ale od strony dziewczyny nie było już takiego zaangażowania. Zdawał sobie sprawę że oznacza to jedno, dziewczyna w której tak mocno się kocha nie jest nim zainteresowana.








Rozdział II zryw
Carter obudził się wcześniej niż zwykle. Było to niepodobne ale w ogóle się tym nie przejął. Jego myśli oblegane były jednym-koniec z tym… .Koniec ciągłego ukrywania się i nieśmiałości-zrobi co ma zrobić. To było chyba najbardziej optymistyczne co wysnuł ostatnimi czasy ze swojej głowy. Wypadł z domu jak poparzony, do celu miał niewiele, jakieś trzy domy dalej. Szybkim chodem zmierzał w kierunku domostwa Catriny. Gdy był coraz bliżej nagle serce znów zaczynało sukcesywnie przyśpieszać i czuł to samo co czuje już od dawna… . Wystał około dziesięciu minut po czym ujrzał małą postać która wyłania się zza drzwi dużego domu. Ujrzał ją, był uradowany jej widokiem. Catrine oczywiście mocno zdziwiła się, bo przecież co Carter miałby robić pod jej domem?
-Hej Catrine ! Miło Cie widziec! -wykrzyczał wręcz uradowany
-No hej Carter, stało się coś?
-Nieee po prostu chciałem Cie zobaczyć
-yhm. Na pewno wszystko w porządku? Nigdy nie przychodziłeś pod mój dom
-nic się nie stało, znaczy może i stało, boo mam do Ciebie jedno pytanie
Catrine trochę się zaniepokoiła słysząc te słowa ale ostatecznie chciała usłyszeć o co chodzi chłopakowi z sąsiedztwa
-czy chciałabyś wyjść dziś ze mną po szkole? -powiedział Carter ciężkim, lekko łamanym głosem
-co? -dopytała z niedowierzaniem Catrine
-czy chciałabyś wyjść ze mną po skzole? -powiedział Carter lekko zrezygnownany widząc reakcje dziewczyny
-noooo w sumie nie wiem, może i dałabym rade
Catrine zdziwiło pytanie Cartera. Znali się już długo ale niespodziewała się takiego zachowania po nim. Owszem Carter był przystojny, dobrze zbudowany no i wysoki. Prawie że ideał dziewczyny jednakże od pewnego czasu zauważyła jak chłopak się zmienił.
-to tak czy nie? -zapytał zniecierpliwiony Carter
-no możemy się przejść kawałek po szkole, dam ci znać potem o której
-okej będę czekał.
Catrine odeszła z lekkim uśmiechem na ustach i zaskoczeniem w oczach-może nie było to zaproszenie dziewczyny na medal ale jakos wyszło-pomyślał zadowolony Carter. Nie mógł iść do szkoły. Był zbyt podenerwowany. Wrócił do domu. Mamy już nie było, pojechała na pierwszą zmiane ale to było nawet na rękę chłopakowi. Nie było pytań typu ,,ty dlaczego nie w szkole?”.
Carter postanowił zająć się sobą do czasu kiedy Catrine nie zadzwoni do niego.
Zbliżała się już godzina czternasta. Właśnie w ty momencie wybrzmiał dzwonek telefonu Cartera. Zerwał się niczym zawodowy lekkoatleta.
-czesc Carter słuchaj ja zaraz kończe spotkajmy się przed szkołą
-jasne widzimy się za moment
Ubrał się i wyszedł z domu w kierunku szkoły. Na miejscu czekała na niego już Catrine. Postanowili że przejdą się domu ale okrężną drogą, lasami.
-to dlaczego chciałeś się spotkać? -zapytała podejmując temat
-wiesz zamierzałem to już od dawna tylko teraz tak jakoś wyszło
-no okej rozumiem -odrzekła Catrine
-dawno nie rozmawialiśmy, co u ciebie słychać? -kontynuował Carter
-a wszystko po staremu w sumie. Słuchaj Carter domyślam się dlaczego chciałeś się ze mną spotkać, nie jestem głupia.
-wcale tak nie uważam -stanowczo zaprzeczył chłopak
Przystanęli na chwile, byli już blisko osiedla.
-słuchaj Carter jesteś super i w ogóle ale ja mam już kogoś.
Słysząc to mało się nie przewrócił. Dziewczyna na widok której serce dostawało u niego delirki, miała kogoś.
-naprawde? -zapytał z niedowierzaniem i lekko wytrącony z równowagi
-tak naprawdę, nie kłamałabym cię -zapewniała go
-jasne rozumiem -odpowiedział lekko zdruzgotany
Rozstali się przy domu Catrine. Chłopak był nie tyle co załamany ale mocno zawiedziony. Liczył że dziewczyna jego marzeń ale tak naprawdę robił sobie tylko nadzieje. Nic mu się nie udawało. Nie chciał już tak dalej. Musiał odpocząć od tego wszystkiego.


Rozdział III wypad
Rankiem Carter spakował się, jednak nie do szkoły a w o wiele dalszą drogę. Wcześniej powiedział swojej mamie że musi coś załatwić za miastem, coś ważnego. W sumie to było ważne. Wyszedł z domu odcięty od wszystkiego ale nie był strasznie załamany, wszystko było w miarę. Na pewno był przytłoczony dalszymi niepowodzeniami w życiu, ze stratą ojca… .Chciał udać się gdzieś w spokojne miejsce. Na szczęście mieszkał na obrzeżach niewielkiego miasteczka i spokojnie mógł pójść do rozległych lasów Quebecu. Słońce przygrzewało dosyć mocno. Po pokonaniu raptem paru kilometrów odechciało mu się dalszej drogi ale wolał już przecierpieć niż wracać tak szybko. Był jeden plus. Widoki były przepiękne. Rozległe pagórki, okazjonalne bujne lasy. Przyjemny chłodny wiaterek.
Zapadał zmrok. Carter wiedział że jest już głęboko w rozległych lasach. Jeżeli coś by mu się stało, to nikt by o tym nie wiedział. Postanowił zatrzymać się na noc, najlepiej w jakimś niedostępnym miejscu na wypadek gdyby okoliczna zwierzyna ruszyła na żer, wybrał dogodne miejsce przy skałach, lekko przysłonięte z obu stron. Miał ze sobą tylko nóż traperski, po ojcu. Była to jego największa pamiątka. Dostał go w wieku dwunastu lat, kiedy jeszcze wybierali się razem na takie eskapady w głąb dziczy. Carter doskonale umiał sobie radzić w takich warunkach.
Nieubłaganie zbliżał się zmrok. Oczywiste było że trzeba rozpalić jakieś ognisko, przygotować sobie spanie. Tak też zrobił. Uwinął się w niecałe trzydzieści minut i już leżał przy ciepłym prawie domowym ognisku wpatrzony w rozgwieżdżony nieboskłon. To był czas kiedy mógł w spokoju pomyśleć.
W trakcie jego zadumy w oddali dał się słyszeć wyrazny trzask gałązek, szelest liści. Wyrwało go to z rozmyślań i natychmiast poderwał się z miejsca. Nasłuchiwał.
-pewnie jakieś psy albo coś -pomyślał okłamując sam siebie
Ogień się już tylko tlił. Szybko zasypał go piaskiem, nastała grobowa cisza. Coś ruszało się w oddali. Carter wyjął nóż.
-dlaczego akurat teraz? -powiedział cicho do siebie jakby przeczuwając coś niedobrego
Wyostrzył zrenice, dostrzegł jakąś dziwną postać między drzewami. Była dosyć wysoka, nie był w stanie określić kształtu.
-ciach kto tam łazi o tej porze, pewnie kłusownicy -pomyślał znowu się uspokajając
W ten jego uszom dał się słyszeć mrożący krew w żyłach odgłos jakby warczenia, ale nie do końca to. Serce waliło mu jak młot, nie rozpoznawał dziwnego kształtu, nie pasowało mu to do żadnego zwierzęcia ani tym bardziej do człowieka. Nie był w stanie się ruszyć. Strach przed nieznanym sparaliżował go. Tajemnicza postać zbliżała się do niego, przerażenie potęgowały te dziwne odgłosy wcale nie przyjazne Carterowi… . Był już gotów stanąć do walki, w ten nagle poczuł olbrzymie łapska na swoich plecach, nagle jego ciało oderwało się od podłoża i zostało rzucone dobre pięć metrów dalej. Przefrunął niczym odrzutowiec padając na ziemie jak worek ziemniaków. Niestety wypuścił swój nóż z rąk. Nim się zorientował ogromna kreatura podeszła do niego powoli patrząc na niego wyłupiastymi oczyma, ciężko dysząc. Carter nigdy nie widział takiego czegoś, było ciemno jednak widział wyraznie. Postura człowieka, dobre dwa metry wzrostu, siły jak za trzech chłopa, sierść, albo futro ? Dziwna zniekształcona twarz, a może pysk ?
-co jest? -wypowiedział te słowa mimowolnie
Wtedy ogromna bestia uniosła ogromną rękę z pazurami wielkości ostrza jego noża, Carter szybko zasłonił się, znów poczuł uderzenie, tym razem w głowę, stracił przytomność.


Rozdział IV Bestia
Carter obudził się po nieznanym mu czasie. Dalej panowały przejmujące ciemności. W jednej chwili przypomniał sobie co się wydarzyło, leżał w jakiejś jaskini, było mokro, twardo i panowała tu dosyć ciężka atmosfera. Przerażenie obejmowało go z sekundy na sekundę. Co się tu dzieje? Co to było ? Nie był w stanie poskładać całej tej sytuacji w logiczną całość, jeszcze ta dziwna kreatura, gdzie ona jest? Czy to coś go tu przywlokło ? Postanowił szybko się stąd wydostać. Szedł praktycznie po omacku. Powoli badając grunt pod nogami. Nagle zaczynało mu zalatywać okropnym odorem. Był tak paskudny że musiał zatkać nos koszulką. Sądził że w pobliżu znajduje się coś co albo zdechło, albo zostało zabite… co było bardzo złą wiadomością. Przez głowę Cartera przechodziła jedna niepokojąca myśl, że to on może jest kolejnym obiadem. To potęgowało w nim i tak już ogromne przerażenie. Wytrwale dążył przed siebie w nadziei że zaraz znajdzie wyjście. Niestety stało się coś czego tak naprawdę mógł się spodziewać. Z osobnego korytarza wyłoniła się postać, ku jemu zdziwieniu już nie ta z którą miał do czynienia wcześniej ale tym razem jednoznacznie była to postać człowieka. Kamień spadł mu z serca, jednak do czasu kiedy tajemnicza osoba wymierzyła mu bolesny cios w brzuch. Carter znowu upadł na ziemie. Dotarło do niego że nie ma co liczyć na pomoc. Postać pochyliła się nad nim mówiać
- a gdzie to się wybierasz ?
- kim jesteś? -Carter lekkim, zmęczonym głosem
- ja? Pytasz się kim ja jestem?
Carter nie wiedział czy ten człowiek kpi sobie z niego czy też jest jakimś psychopatą, zresztą ton głosu wskazywał na to że nie ma zbyt równo pod sufitem.
-ja jestem dla ciebie nikim, ty jesteś dla mnie wszystkim
Carter nie wiedział co sądzić o tych słowach, nie miał czasu odpowiedzieć gdyż został podniesiony z ziemi, zaprowadzony z powrotem w miejsce gdzie się ocknął i znokautowany z powrotem.
Tym razem obudził go mocny ból, był szarpany, ciągnięty w jakieś miejsce. Był już gotowy na wszystko. W myślach żegnał się z najbliższymi. Z drugiej strony miał nadzieje że spotka się z ojcem. Jego jakże smutne rozmyślania przerwane zostały uderzeniem o twardą skalną podłogę, został na nią rzucony. Podniósł szybko wzrok. Stał nad nim ten sam człowiek. Trzymał w ręce nóż, był to nóż Cartera. Po chwili mężczyzna zamachnął się jednak Carter zdążył się uchylić i ostrze musnęło tylko jego ramię. Postanowił się bronić. Wstał i szybko wymierzył celnego kopniaka między nogi. Napastnik zawył z bólu a zarazem ze złości jednak nie zdążył wymierzyć kolejnego ciosu gdyż młody chłopak wymierzył mu kolejny cios, tym razem w twarz jednocześnie wytrącając nóż z jego ręki i obalając go na ziemie. Role się odwróciły, teraz to Carter chwycił nóż w dłoń i próbował zabić swego oprawce, jednak był on o wiele silniejszy od chłopaka. Przygwozdził go do ziemi próbując wbić koniec ostrza w pierś jednak rosły mężczyzna nie dawał za wygraną, siłowali się przez dłuższy czas aż w końcu Carter został zepchnięty na bok i role znów się odwróciły. Teraz to on bronił się całych sił. Ostrze nieubłaganie zbliżało się do jego skroni, kierując się prosto w gałkę oczną. Carter nie dawał już rady, chciał się poddać jednak coś kazało mu walczyć dalej i zebrał się na ostatni morderczy wysiłek i odepchną nóż i ręce przeciwnika dając sobie cenną sekundę na zepchnięcie go. Tym razem seria dokładnych ciosów pięścią oszołomiła mężczyznę, wypuścił on nóż z ręki który pochwycił Carter i z ogromnym impetem i zamachem wbił całe ostrze w brzuch oponenta. Ten nie zdążył się zasłonić i po chwili zamarcia zaczął tonąć skąpany we własnej krwi. Carter popatrzył na to co uczynił, był w istnym szoku, zabił człowieka. Jednak z drugiej strony on chciał zrobić to samo, nie miał innego wyjścia. Postanowił natychmiast udać się tego cholernego wyjścia, miał dość. Po przejściu jakiś paru metrów ujrzał jasne dzienne światło. Jego oczy nie mogły przyzwyczaić się przez dłuższą chwile do takiego blasku. Po wyjściu dostrzegł rozległe lasy i przepiękne krajobrazy jakie zafundowała mu matka natura jakby w nagrodę za to że udało mu się… .




Rozdział V inna rzeczywistość
Po opuszczeniu jaskini Carter błąkał się jeszcze przez chwile bez celu. Próbował poskładać wszystko w logiczną całość. Co to w ogóle było, jakaś dziwna istota nie z tej ziemi, potem jakiś człowiek usiłował go zamordować w jaskini, no i finalnie odebrał mu życie… . Nie wiedział co o tym sądzić, postanowił po prostu udać się do domu. Niestety jego wszystkie rzeczy przepadły. Był wykończony, głodny, chciało mu się pić. Na dodatek nie wiedział nawet która godzina gdyż jego zegarek również zniknął z jego ręki.
Błąkał się po lesie jednak w końcu znalazł drogę asfaltową. Na szczęście wiedział w którą stronę iść, sugerował się słońcem.
Słońce było już nisko, jednak w końcu ujrzał pierwsze domy, kamień spadł mu z serca. Już parę chwil pózniej znalazł się już pod swoim budynkiem, który jak się okazało był zamknięty ale ku swojemu zaskoczeniu znalazł klucze w umownym miejscu gdzie zwykle się je zostawiano.
-dobrze że mama na drugiej zmianie -pomyślał z ulgą i natychmiast udał się do kuchni. Zaspokoił pragnienie, udał się do pokoju na wymarzone łóżko i odpłynął.
Nazajutrz obudził się cały obolały. Przypomniał sobie wszystko co go spotkało, co uczynił… . Ogarniało go przerażenie. Tłoczące się myśli nie dawały mu spokoju, w końcu prawie stracił życie tamtejszej feralnej nocy. Zastanawiał się tylko nad związkiem człowieka którego uśmiercił własnym nożem a tą dziwną bestią. Nie dawało mu to wewnętrznego spokoju. Postanowił wrócić w to miejsce ale tak aby jego mama nie wiedziała o niczym, no bo nie chciał jej nic mówić, nie chciał jej martwić. Szybko ogarnął się, znalazł szybką wymówkę od szkoły, pędem wziął swój rower z garażu i pojechał w stronę koszmaru.



Rozdział VI powrót do horroru
Pedałował ile sił w nogach. Im był bliżej tym serce biło coraz mocniej. Krew coraz szybciej krążyła w żyłach, wracało przerażenie. Koniec końców dotarł do swojego obozowiska. Zastał tam wszystko w nienaruszonym stanie, plecak, śpiwór, nawet stos zwęglonych drewienek z ogniska. Pozbierał wszystko, sprawdził czy nic nie zginęło i… właśnie, w którą stronę teraz? Nie miał pojęcia gdzie szukać owej jaskini. Nie był w stanie sobie przypomnieć. Jednak ruszył przed siebie, szukając jakichkolwiek oznak czy to śladów na podłożu czy znajomych widoków. Wiedział jedno, nie zostanie tu na noc za żadne skarby.
Błąkał się już dobrą godzinę, nagle w oddali spostrzegł tajemniczą jaskinię, lekko uniesioną nad widnokręgiem.
-o ciach, to chyba tu -pomyślał i od razu adrenalina dała o sobie znać
Przyśpieszył kroku targając za sobą swój rower. Kiedy podszedł wystarczająco blisko tak, że widział już niemal wnętrze ciemności zastygł. Nie miał na tyle odwagi aby wejść. Z drugiej strony to nie ludzkie zostawić ciało tego człowieka, mimo wszystko. Przemógł się, zostawił rower i tym razem dzierżąc latarkę w ręce wszedł do środka. Korytarze były dosyć spore, panowały kompletne ciemności. Zbliżał się do rozwidlenia, korytarz prowadził prosto oraz jednocześnie skręcał w prawo. Zatrzymał się na chwile. Panowała grobowa cisza. Wychylił się lekko w boczny korytarz i spostrzegł ogromne plamy krwi, jedna po drugiej. Zdawało się że to to miejsce gdzie stoczyła się jego bitwa życie. Z ogromnym przerażeniem stawiał kolejne kroki. Była to wielka komnata. Okropny smród znów powrócił. Nie widział tego wcześniej lecz teraz w świetle latarki dostrzegł kawałki skór, mięsa a nawet kości które walały się wszędzie.
-no to mamy wszystko jasne -stwierdził błyskotliwie
Rozejrzał się jeszcze trochę, nie było tu nic więcej. Najciszej jak tylko potrafił zaczął opuszczać tę komnatę. Przy rozwidleniu wychylił się w jedną i drugą stronę aby upewnić się że nikt się na niego nie czai. Było pusto. Ruszył w dalszą część tunelu zastanawiając się gdzie do cholery podział się ten człowiek którego jak myślał, uśmiercił zeszłego dnia. Brnął dalej. Nagle światło latarki zatrzymało się na ścinie skalnej, dalej nie było już nic. Nie pozostało nic innego jak zawrócić z powrotem. Całą długość przeszedł w miarę sprawnie. Po chwili był już z powrotem na zewnątrz. Gdy oczy przyzwyczaiły się mu już do światła dziennego zaraz przecierał oczy ze zdumienia, jego rower zniknął.
- co jest przecież tu go zostawiłem. Cholera jasna -klął sam do siebie myśląc że to jakieś żarty i że ten las jest jakiś nawiedzony
Rozglądał się chwilę. Po dokładniejszym przyjrzeniu się dostrzegł ślady których wcześniej tu nie było. Dziwne bo były zadziwiająco wyrazne. Pod wpływem impulsu ruszył w ślad, nie chciał przecież znowu wracać z buta. Miał czas, do zmierzchu zostało około pięć godzin.
Szedł po śladach zostawionych przez rzekomego złodzieja aż dotarł do małej drewnianej chatki w samym środku gęstego lasu. Ku jemu zdziwieniu zaraz przy drzwiach stał jego dwu kołowiec oparty o ścianę. Sam nie wiedział jak się do tego zabrać. Czy podejść po cichu i odebrać swoją własność czy może zapukać do drzwi i wyjaśnić że ten rower należy do niego. Ruszył więc ostrożnie w stronę domu. W jednej chwili w oknie dostrzegł jakąś postać. Na szczęście człowieka. Wiedział że został już zauważony. Mógł darować skradanie się. Po chwili ciężkie drewniane drzwi otworzyły się i wyłonił się z nich średniej postury mężczyzna, lekko utykając.
- witam, pan tu mieszka?
- a co nie widać ? -odparł mężczyzna z nieprzyjemnym tonem
- to pana rower ?
- tak a bo co?
- zdaje się że należy do mnie
- gdzie jest tak napisane ?
- nigdzie, po prostu ja tu na nim przyjechałem -odparł Carter nieco poirytowany
- w jakim celu tak właściwie?
Chłopaka zdziwiło pytanie mężczyzny, jednocześnie zaniepokoiła go dziwna czerwona plama w okolicy brzucha tajemniczego jegomościa. Carter połączył w logiczną całość wszystkie dotychczasowe fakty, zdawało się że to samo poczynił owy mężczyzna gdyż pierwszy rzucił się na Cartera który już tym razem skutecznie odparł napastnika. Obalił go na ziemi i przyskrzynił do podłoża.
- kim ty jesteś do cholery?! Przecież cie zabiłem !
- ha dobre sobie !
Kończąc zdanie mężczyzna próbował oswobodzić się jednak nie był w pełni sił i Carter skutecznie trzymał go przy ziemi. Po chwili wyprowadził silny cios i i dotychczasowy napastnik stracił przytomność będą już nieszkodliwym. Carter szybko zaglądnął do środka, nikogo więcej nie było. Podniósł nieprzytomnego i zawlókł do środka sadzając na krześle, ręce wiążąc kawałkiem znalezionej liny. Miał chwile na rozglądnięcie się po małym pokoju który robił za kuchnie, salon jak i jadalnie. Nie było tu nic dziwnego, jakieś garnki, łóżko wyścielone słomą, rzeczy codziennego użytku. Jedyne co zauważył to sporo książek na jednej z regałów. Postanowił przeglądnąć szybko parę. Wiele opowiadało o jakiś dramatach miłosnych, jedna nawet o samobójstwach z tego powodu. Ostatnia jaką Carter wziął do ręki nosiła tytuł ,,Wendigo”. Nie miał pojęcia co to ale na okładce znajdowała się dziwnie mu znajoma postać, podejrzewał jedno…. niestety nie mógł dokończyć myśli gdyż mężczyzna właśnie ocknął się z jękiem. Carter szybko odłożył książkę i podszedł od boku do związanego.
- kim ty u licha jesteś ? -zapytał niczym śledczy na przesłuchaniu
- czego chcesz ?! -odwarknął mężczyzna
- chciałem tylko odzyskać rower…
- więc bierz go i zjeżdżaj
- nie tak prędko -odparł Carter – powiesz mi po kolei co się tu do pomidor wyprawia
- a co ma się wyprawiać ?
- nie udawaj – Carter próbował przechytrzyć przesłuchiwanego ale tak naprawdę sam nie wiedział o co pyta
- młody, lepiej stąd zmiataj – odparł mężczyzna zrezygnowanym głosem
- o ty mnie napadłeś w nocy ! Potem chciałeś zamordować w jaskini ! Ty ciach! -mówiąc to nerwy Cartera nie wytrzymały i uderzył mężczyznę raz, potem drugi
- uspokój się – chrząknął i wypluł trochę krwi
- gadaj !
- to nie moja wina…
- a czyja ?! -Carter nie mógł uwierzyć w beszczelność tłumaczeń
- to po prostu siedzi we mnie… ja… wychodzi najczęściej za dnia, ale zdarza się że dopiero w nocy.
- o czym ty gadasz ?!
Mężczyzna już ledwo dychał. Mówił przerywanymi zdaniami i oddychał coraz głębiej.
- widziałeś książkę? -powiedział dalej dysząc
- którą?
- tą ostatnią ! Na regale !
Carter udał się z powrotem do regału, wziął w dłoń ową książkę, to ta sama, z tytułem ,,Wendigo”.
- weś ją ! I uważaj. To nie dzieje się przypadkiem… .
- o czym ty gadasz?
- bierz rower i ciach stąd ! Już ! -warczał i charczał byle by pozbyć się chłopaka, jakby coś miało się zaraz zadziać
- o co chodzi ?!
Mężczyzna zebrał się w końcu w sobie i wyjawił tajemnice
- kiedyś mocno kochałem, naprawdę… Niestety zostałem odrzucony bardzo boleśnie, nie mogłem tego znieść, udałem się do lasu, chciałem się zabić wtedy zaskoczyło mnie jakieś niebieskie światło, padłem na ziemie, potem byłem już tym czymś -wskazał oczami na okładkę książki -nie mogłem nad tym zapanować, to się budzi we mnie i odzyskuje kontrole wtedy jak już wychodzi ze mnie…. Teraz już ciach rozumiesz?! -kończąc kaszlnął ciężko i ryknął jakby z bólu
- to są jakieś jaja? Przecież to jest nie możliwe
- nie wiesz co jest możliwe…… -odparł z pełnął powagą mężczyzna
- dlaczego chciałeś mnie zabić?
- to nie ja…. ja nie chciałem….
Carter nie wiedział co o tym myśleć. Zresztą jego rozważania nad sensem przerwały dziwne zdarzenia….. nagle mężczyzna zaczął robić się czerwony, dyszeć, pocić się, Carter nie wiedział co się dzieje, jak mu pomóc. Zerknął jeszcze szybko na książkę i postanowił rzucić się do ucieczki. Wybiegł z domu jak poparzony. Wziął szybko rower i popędził w stronę drogi głównej jak najdalej stąd. Po wyczerpującej szybkiej ucieczce znalazł się już poza lasem. Chciał jak najszybciej dojechać do domu.



Rozdział VII sen na jawie
Znów znalazł się w swoim domu. Leżał na łóżku. W ten przypomniał sobie o książce którą zabrał ze sobą jakimś cudem. Czym prędzej pochwycił ją w dłoń i zaczął czytać. Lektura mówiła o wielkim, człekopodobnym monstrum, które pod wpływem odrzuconych uczuć atakuje innych ludzi, którzy mają z nim coś wspólnego. Carterowi jakby wszystko z minuty na minute zaczęło układać się w logiczną całość. To co wyczytał mroziło mu krew w żyłach, jednak była już pózna godzina. Nie chciał już włóczyć się po domu i obudzić mamy która już dawno spała więc spróbował zasnąć.
Dochodziła trzecia w nocy. Nagle usłyszał jakiś dziwny stukot. Jakby na zewnątrz. Wyrwało go to i tak z płytkiego snu.
- durne psy -powiedział do siebie sądząc po prostu że to jakieś czworonogi sąsiadów
Jednak zaczęły go dobiegać dziwne hałasy, jakby spod domu. Zirytował się ponieważ chciał już naprawdę spać. Wstał, podszedł do okna, nie zauważył nic. Wrócił do łóżka jeszcze bardziej poirytowany. W tej chwili coś porządnie uderzyło w drzwi wejściowe do domu. Uderzyło raz, drugi. Carter zerwał się z łóżka pełen obaw że to pewnie włamywacze, lub diabli wie kto.
Pochwycił w rękę kij basebollowy i udał się szybkim acz cichym krokiem na dół. Stanął przed drzwiami. Panowała grobowa cisza. Szybko pomyślał o swojej mamie która spała w pokoju obok, zdziwił się gdyż te odgłosy obudziły by nawet zmarłego. Korzystając z sytuacji, w której się uspokoiło szybko uchylił drzwi do sypialni, przez jego nogi przeszedł przejmujący chłód. W ten krew w jego żyłach zamarzła. Zobaczył ogromną bestię nad łóżkiem matki, z pyska cieknąca krew, wybite okno. Nie był w stanie się ruszyć. Potwór wykorzystał to i rzucił się na Cartera z przerażającym odgłosem. Powalił go. Otworzył wielki pysk chcąc odgryzć chłopakowi głowę lecz ten zasłonił się ręką co poskutkowało zatopieniem w niej kłów bestii. Ból był tak ostry że Carter aż zobaczył mroczki przed oczyma, obraz zaczął mu się zamazywać. Kreatura znów zamachnęła się, tym razem ogromną łapą z pazurami raniąc chłopaka przez całą klatkę piersiową. Zewsząd tryskała krew. Carter nie miał możliwości wstać, bezlitosna bestia przygniotła go do ziemi i zadała poważne rany. Po chwili wgapiania się w młodego niczym nie winnego chłopaka, kreatura wstała jakby odpuściła. Carter nie wiedział co się dzieje. Ręka przegryziona na wylot i rany cięte na klatce sprawiały że ból go paraliżował. Po paru chwilach stracił przytomność.



Rozdział VIII jeszcze gorsza rzeczywistość
Rozświetlający blask otworzył oczy Cartera. Leżał on na plecach. Jednak nad sobą miał dziwny biały sufit, niepodobny do tego, który znajdował się w jego domu. Dziwna zielona pościel. Duża przestrzeń. Po chwili odzyskał czucie, z zaskoczeniem spojrzał na lewą rękę którą miał całą w gipsie, na klatce same bandarze. Nagle podeszła do niego pewna kobieta w białym uniformie. Zaczął już logicznie myśleć, był w szpitalu.
- to cud że przeżyłeś, rany które miałeś były bardzo ciężkie -poinformowała go pielęgniarka dodając -zaraz podejdzie do ciebie lekarz
Carter nie był w stanie wyksztusić z siebie ani słowa. Dotarło do niego że wszystko to co wydarzyło miało miejsce naprawdę. To nie był tylko koszmar. Natychmiast pomyślał o mamie, co z nią ? Czy nic się jej nie stało ?
Jego nerwowe myśli przerwał mu człowiek, z niewielkim zarostem i kruczo czarnymi włosami. Był to lekarz prowadzący.
- więc poskładaliśmy pana. Miał pan bardzo obfite rany na lewej ręce. Ponadto ogromne rany cięte na klatce piersiowej. Jak właściwie do tego doszło? -zapytał skołowany lekarz
- gdzie moja matka? -odpowiedział nerwowo Carter
- proszę się nie martwić i odpowiedzieć najpierw na moje pytanie. -dociekał dalej lekarz
- ja, ja nie wiem… -Carter udawał że nie pamięta co się wydarzyło, tłumacząc że uderzył się w głowę.
- dobrze zatem proszę chwile zaczekać -odpowiedział z pełnym spokojem specjalista
Carter wyczekiwał, spodziewał się że jego mama zaraz wejdzie do niego, że zapyta się czy nic mu nie jest. Nic z tych rzeczy. Na sale segregacji weszła kobieta, lecz zupełnie inna. Była to wysoka blondynka, dość elegancko ubrana. Carter nie wiedział co o tym myśleć, czy przeczuwać już najgorsze…. .
- dzień dobry nazywam się Julliet a ty jak mniemam jesteś Carter ?
- taaak…
Kobieta wydawała się przyjazna. Promienny wyraz twarzy, lekko uśmiechnięta. Całkiem atrakcyjna. Po chwili wszystko znikło. Jakby zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. Carter nie przeczuwał nic dobrego.
- jestem tutejszym psychologiem. Chce Ci przede wszystkim pomóc Carter. -kontynuowała spokojnie
- ale o co chodzi ? -dopytywał nerwowo chłopaka
- niestety ale twoja mama zmarła wczorajszej nocy
Carter jakby w jednej chwili dostał zawału serca. Łzy zaczęły cieknąć mu żywnymi strugami, nie wierzył w to co słyszy. Zawiesił się. Błagał Boga o to, żeby to wszystko okazało się jakimś zwykłym, koszmarnym snem. Niestety to była ponura rzeczywistość. Pani psycholog mówiła coś do chłopaka, jednak on w tej chwili nie mógł pozbierać się po tym co usłyszał. Chciał zostać sam.
- to niemożliwe…
- to niestety prawda, jednak nie załamuj się Carter…
Dalej już nie słuchał, wyłączył się. On wiedział co tak naprawdę się wydarzyło. Musiał pomyśleć…
Po jakimś czasie leżał już sam. Został przewieziony do innej sali. W sumie to nie różniła się niczym jak tylko rozmieszczeniem łóżek szpitalnych.
Nazajutrz w drzwiach znów ujrzał Panią psycholog. Ta, która wczoraj przekazała mu najgorsze wieści w jego dotychczasowym życiu. Wcale nie cieszył się z jej widoku, wręcz przeciwnie…. .
Podeszła do niego powoli, usiadła obok łóżka na małym krzesełku.
-Carter, wiem co czujesz. Spotkało Cie w życiu już wiele złego. Wiec że współczuje Ci z całego serca…
-Tak domyślam się! -powiedział Carter lekko uniesionym głosem przerywając wypowiedz kobiety
- Ale spokojnie, chce Ci pomóc z tym wszystkim
- Poradzę sobie, jestem już duży
- Dobrze oczywiście że tak. Jednakże na czas kiedy będziesz w szpitalu będę Cie mieć pod swoim okiem jeżeli nie masz nic przeciwko
- Obojętne mi to...-odpowiedział Carter znużony już tą rozmową
Po paru nie istotnych pytaniach p.Julliet udała się do wyjścia zostawiając Cartera samego.
Chłopak tego potrzebował. Dużo rozmyślał o tym wszystkim. Co tak naprawdę poszło nie tak w jego życiu. Miał tyle pytań a tak mało odpowiedzi. Czuł ogromny ból ale także nienawiść, która nim miotała. Miał ochotę stąd uciec.



Rozdział XIX Sprawy we własne ręce
3:15. Na sali gdzie leżał Carter kompletna cisza. Ani żywego ducha.
- nie będę dłużej czekał -pomyślał i powoli zaczął odrywać kroplówki i podnosić się z łóżka.
Robił to najciszej jak potrafił, wiedział że jeżeli zauważy go jedna z nocnych dyżurujących to już nigdy nie powtórzy mu się taka okazja. Chciał sam rozwiązać całą te zagadkę, cały horror w który został uwikłany. Najciszej jak tylko umiał otworzył spore drzwi do dużej sali, na korytarzu nie było nikogo. Przekradł się szybko do klatki schodowej i powoli, bezszelestnie w pół ciemnościach udawał się na parter, do pokonania miał tylko jedno piętro. Czuł się odziwo dobrze jak na obrażenia które odniósł. Przy wyjściu znów wychylił się na korytarz. Dalej pustka. Ruszył więc w stronę drzwi głównych jednak zza winkla nagle wyłoniła się postać, Carter nie zważając na nic odskoczył w bok do wnęki w których znajdowały się drzwi. Nie była ona duża lecz wystarczająca aby zasłonić chłopaka. Idącą postacią był lekarz pełniący dzisiejszego dnia nocny dyżur. Przeglądał jakieś dokumenty na tyle, że nie zauważył postaci Cartera we wnęce.
- Szczęście sprzyja -pomyślał zadowolony
Dalej już prosto, na recepcji znajdowała się recepcjonistka która zauważyła wybiegającego Cartera ze szpitala jednak tylko na jej okrzykach się skończyło gdyż nie zdążyła nawet zareagować.
Carter biegł jak najdalej co sił w nogach w kompletnych ciemnościach. Wiedział że niedługo zaczną go ścigać więc musiał się spieszyć… .


Koniec Części I

Bez wulgaryzmów proszę. Szymdaro


22 Lut 2019, o 15:12

Podziękowali: 2 fertyno (23 Lut 2019, o 00:30), Kamikace (24 Lut 2019, o 16:20)
Profil
Taernijczyk z ekwipunkiem

Rejestracja: 26 Wrz 2017, o 16:05
Posty: 10
Podziękowano: 108 razy
Otrzymanych podziękowań: 9 razy
Nick w grze: Siwobrodyha
Serwer: HardCore
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Wendigo ~ autorskie
Bardzo fajnie się to czyta, początek trochę mnie zniechęcił Ale potem naprawdę kawał dobrej roboty ;) .

_________________
"Małpa to łuk, a łuk + łuk = rozpierdziel" :D


23 Lut 2019, o 00:30
Profil
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Odpowiedz   [ 2 posty(ów) ] 

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do:  
cron