Odpowiedz  [ 1 post ] 
 Taern: Powstanie 
Autor Wiadomość
Uciekinier Taernijczyk
Awatar użytkownika

Rejestracja: 31 Gru 2018, o 00:21
Posty: 1
Podziękowano: 7 razy
Otrzymanych podziękowań: 5 razy
Nick w grze: Venesa
Serwer: Tolnor
Odpowiedz z cytatem
Post Taern: Powstanie
Rozdział 1. Wyprawa

Oddałbym wiele, aby powrócić do mojej upragnionej ojczyzny, do Taernu. Jednak kilka miesięcy temu, odebrano nam nasze ziemie, a parszywe psy Utoru wymordowały nasze rodziny, pozostawiając nas na łaskę losu. Trudno powiedzieć, czy los był łaskawy... Każdy z nas, Tearnijczyk bez kraju, który zdołał uciec łodzią do Haligradu, podjął się tam najprzeróżniejszych zadań i celów. Niektórzy olali sytuację i zaczęli życie od nowa, tak jakby nic się nie stało. Inni znowuż wynajęli się w Haligradzkiej armii i łapią Teranijskich łobuzów i karzą ich w imieniu "nowej ojczyzny". Mimo tego, nadal pozostała grupa osób, które postanowiły przyłączyć się do Podziemia w Haligradzie i walczyć o wolność swojego kraju. To właśnie jesteśmy my, nietracący nadziei wieczni wojownicy, próbujący wymordować Utorskie psy, które wpadły na nasz trop. Niejednokrotnie nasi współpracownicy przypłacali za to życiem, ale Ci, którzy przeżyli mścili ich dwukrotnie. Możemy jedynie im trochę współczuć, że wygodnie sobie leżą i wąchają kwiatki od spodu.

Ja również byłem i jestem jednym z Teranijskich uchodźców, łaskawie przyjętych przez Haligrad i (o zgrozo) żerujących na ich głupocie. Możecie sobie wyobrazić, że Petr Volsunr, ten stary i wiecznie szczekający pies (lecz dobry dowódca), zbudował całą armię pod nosem Haligradzkiej szlachty? Zdobyliśmy również jedną z najcenniejszych broni w naszym świecie - jaja skaleterka, które będą miały decydujące znaczenie w walce o odzyskanie niepodległości naszego kraju. Towarzyszyła mi przy tym Kadri wraz z całym zastępem naszych znajomych, miedzy innymi Eilir, Gopnik czy... Maja. Sądziłem, że zginęła po napadzie na naszą wioskę, ale przeżyła i spotkała mnie pod koniec finału sprawy, w której posądzono mnie o zdradę. Jeśli miałbym możliwość, to sam osobiście powyrywałbym jaja Gaenowi. Niestety, ktoś już to zrobił za mnie.

W Trentis panowała pogoda taka jak zwykle, czyli świeciło słońce i nie zapowiadało się na deszcz, co było smutną wiadomością dla handlarzy sprzedających swoje towary na ulicach miasta. W centrum jak zwykle kręciło się całe mnóstwo ludzi, którzy śpieszyli się z sobie tylko znanych powodów. Przechodząc przez zachodnią bramę, skinąłem strażnikom. Jeden odmachał mi, a drugi uśmiechnął się krzywo.
- Gerard, ty staru skur***nu! Gdzie byłeś się odlać tym razem? U tej dziewki w izbie od Romana?
Obaj mężczyźni ryknęli gromkim śmiechem, a ja pokręciłem głową. To były właśnie żarty strażników miejskich. Wszystko po staremu, nic się nie zmieniło.
- Tak się składa, niedorajdo, że załatwiałem sprawy dla Darko - odparłem. - Miał jakiś interes w Alairze, bogowie wiedzą jaki.
- Jak to? - zdumiał się ten pierwszy, nieco już łysiejący mężczyzna po czterdziestce. - Taszczysz nogi po Imperium dla Gnarla i nie wiesz po co?
Wzruszyłem ramionami. Jakiś śpieszący się młodzieniec potracił mnie, krzycząc gniewnie, że robię zator. Chciałem go zatrzymać, by zapamiętać jego twarz i dać mu nauczkę, ale w końcu zrezygnowałem, uświadomiwszy sobie, że nie odpowiedziałem strażnikom.
- Gnarl to Gnarl. On zleca, ty robisz, a on płaci. Po co zadawać zbędne pytania. Ostatnią rzeczą jest moja głowa na stole Petra, gdybym zadał o jedno pytanie za dużo.
Mężczyźni pokiwali głową, na potwierdzenie moich słów. Uśmiechnąłem się ponuro i jako, że nie miałem nic więcej do powiedzenia, zostawiłem ich w cieniu bramy i ruszyłem w kierunku karczmy. W środku jak zwykle było pełno mężczyzn, przesiadywał tam również Varhorn, który akurat rozmawiał z jakimś dziwnym typem w niebieskim płaszczu. Jednak mnie bardziej interesował teraz Darko Gnarl, który miał pełen worek złota. Pozdrowiłem Emilkę, która pomachała mi i posłała niewidzialnego całusa. Zarumieniłem się lekko i zanim zdążyłem się rozmarzyć, usiadłem koło mojego zleceniodawcy. Mężczyzna powoli podniósł głowę znad swojego kufla i spojrzał na mnie.
- Ha! A więc udało Ci się Gerardzie. No cóż, pozostało mi tylko wręczyć ci zapłatę i życzyć dobrej zabawy z brzuchem pełnym piwa!
Sięgnął za pazuchę i wyciągnął wypchany woreczek.
- Czterdzieści tysięcy złota, tak jak się umawialiśmy. Trochę się pofatygowałeś, nie ma co. Załatwienie podnóżków Rotenberga nie jest wcale takie proste, a ty podołałeś temu zadaniu w stu procentach, z tego co słyszałem.
Darko położył woreczek na stole i pchnął go w moim kierunku. Przechwyciłem go i schowałem pod płaszcz, jednak nadal się nie odzywałem, tylko obserwowałem uważnie Gnarla. Ten zrobił trzy łyki i otarł usta, po czym westchnął.
- Milczysz, chłopcze. Coś jest nie tak. No już, mów staremu Darko Gnarlowi w czym rzecz.
Odruchowo wsunąłem dłoń pod płasz i dotknąłem sztyletu, wsuniętego za pas.
- Darko - zacząłem cichym głosem, nachylając się ku niemu. - Chodzi o to, że... gdy wracałem z Alairu, po drodze spotkałem jakiegoś gościa, który zaczął mi nawijać o jakiejś Adriannie i że to podobno twoja rodzina. Moje pytanie brzmi, czy to kolejna zmyślona plotka, czy mówił prawdę?
- Hmm? - Darko roześmiał się głośno. - A niech mnie to! Dobre rzeczy opowiadasz, Gerardzie. Przecież nie mam rodziny i nigdy nie miałem. Po prostu kolejny rywal, który myśli, że uda mu się mnie sprowokować do opuszczenia Trenstis. Lecz, chłopcze, nic z tego. Ty zrobiłeś swoje, dogadałeś się z Rotenbergami i moje interesy są bezpieczne. Nic więcej od ciebie nie wymagam i nie widzę powodu, dla którego miałyby cię trapić takie pozbawione sensu plotki.
Pokiwałem głową i odsunąłem się.
- W porządku, Darko. Skoro tak twierdzisz, to nie będę nalegał. Życzę powodzenia w interesach i do zobaczenia.
- Tak, tak. Wzajemnie, przyjacielu - machnął ręką w kierunku generała. - Sprawdź jeszcze co u niego. Coś ostatnio o tobie wspominał, jakby coś chciał, ale nie wiem o co mu chodzi.
- Jasne, dzięki.
Wstałem od stołu i przeszedłem przez całą, zatłoczoną izbę, aby przedostać się do Varhorna. Mdliło mnie od smrodu niemytych ciał i potu, co z kolei sprawiało, że chciało mi się rzygać. Chyba zbyt dużo czasu spędzam w towarzystwie mojego przyjaciela, druida Spyhella, który ma wręcz obsesję na punkcie czystości. Jeszcze nigdy się tyle nie namyłem przez całe życie, co przez ostatnie dwa tygodnie. Generał, na mój widok, uśmiechnął się i skinął głową.
- Geradzie - powiedział. - Spocznij, dobrze cię widzieć.
- Witam, generale - przywitałem się krótko i służbowo.
- Poznaj Adamusa, jednego z najlepszych mistrzów magii ognia - wskazał na postać w niebieskim płaszczu. - Skontaktowałem się z nim w sprawie Utoru, który cały czas za nami węszy. Ma sieć kontaktów wśród niewolników, pracujących dla naszych wrogów i jest w stanie nam nieco pomóc.
Przyjrzałem się Adamusowi i nie dostrzegłem nic nadzwyczajnego, po za mocno zarysowaną szczęką, szpiczastym nosem, ciemnymi oczami i długimi włosami, które opadały na jego ramiona. Wyglądał niepozornie, ale wystarczająco długo nachodziłem się po tym świecie, by wiedzieć, że niepozorni stwarzają największe zagrożenie.
- A więc węszący Utor - skwitowałem. - Co w związku z tym, że Adamus na kontakty?
Varhorn uśmiechnął się lekko.
- Utorczycy mają niewolników również i tutaj, w Haligradzie, chociaż nieoficjalnie.
- Tutaj?! - zawołałem zdziwiony, a moi kompani syknęli. - Jakim cudem? - dodałem cichszym głosem.
- Cóż, łatwiej rozpoznać kto ma maskę, niż jej nie ma. Nasi wrogowie są sprytni i wiedzą jak wykorzystać to, co mają pod nosem. Jeśli wyślą jakiegoś parobka od rzekomego szlachcica z Haligradu, który tu się wychował i tu żył, to wszyscy mu uwierzą, że jest tym, za kogo się podaje. Nikt nie zwróci uwagi na to, że kiedyś ten parobek jako chłopiec, został porwany, a gdy wrócił, to zachowywał się tak, jakby miał pranie mózgu.
Zrozumiałem co miał na myśli generał i potrząsnąłem głową.
- Na Taern... - mruknąłem. - A więc mamy szpiegów w naszych szeregach?
- Niekoniecznie - Adamus odezwał się po praz pierwszy od mojego przybycia. - Nie szpiegów, ale mają czujki, dzięki którym są w stanie sprawdzać co się dzieje i trzymać rękę na pulsie, co blokuje nasze działania, ponieważ nie wiemy, co może zwrócić uwagę Utoru.
- To prawda - przytaknął Varhorn. - I dlatego jest nam potrzebny Adamus, który uruchomi kontakty wśród parobków i dowie się kto jest kim i kto nad kim ma władzę. Chciałbym, Geradzie, abyś z nim wyruszył w okolice Kemenak i skontaktował się z parobkami, którzy tam mieszkają.
- A... ale tam? - uniosłem brwi. - Nie mieszkają może bliżej Alairu? To byłoby... bardziej logiczne, niż mieszkać wśród koldów.
- Tak, właśnie wśród koldów - generał uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach. - Pod latarnią najciemniej, mój chłopcze. A teraz pakuj się do podróży, marsz.
Wstałem i wykonałem ukłon wojskowy.
- Spotkamy się jutro, przy bramie południowej - zwrócił się do mnie Adamus i wyciągnął dłoń.
Uścisnąłem ją mocno.
- Jasne, do zobaczenia.
Odwróciłem się i przepchnąłem do wyjścia. Gdy znalazłem się na zewnątrz, westchnąłem ciężko. Taernijczycy nigdy nie będą mieli spokoju, dopóki nie odzyskają swojego kraju. Trzeba było się pogodzić z tym, że być może znaczna część z nas, umrze podczas podróży, ale była to cena, którą z chęcią zapłacimy.

***

Gdy wróciłem do małego, wynajętego pokoju, tuż nad izbą szpitalną w Trentis, zastałem mojego towarzysza podróży, który nie opuszczał mnie ani na krok, jeśli nie musiał. Olbrzymi, czarny kruk, wylądował na moim ramieniu, wbijając szpony i skrzecząc z wyrzutem.
- Tak wiem, stary - mruknąłem. - Powinienem cię wziąć, ale obawiałem się drobnego zamieszania i zbyt wielu ludzi, a ty nie lubisz tłoku.
Ptak nagle dziobnął mnie w ucho, dając wyraz swojego niezadowolenia.
- Au! - zawołałem i zamachałem rękami, próbując go strącić. - A to za co?!
Zakrakał raz jeszcze i z powrotem odfrunął na żerdź. Pokręciłem głową.
- Wiesz co, jesteś tak samo zrzędliwy jak baba.
Już miałem podejść do łóżka i się na nie rzucić, gdy coś mnie powstrzymało. Odwróciłem się gwałtownie, sięgając jednocześnie po sztylet i wyrzucając dłoń do przodu, próbując skaleczyć intruza, który odważył się wkroczyć do mojego pokoju. Zaskoczony, spotkałem się z mocnym oporem i zostałem wyrzucony do tyłu, na materac. Moje ptaszysko zakrakało, ale nie zareagowało. Jęknąłem, masując głowę, którą przycedziłem w ścianę.
- Zrzędliwy jak baba, hm?
Poznałbym ten głos wszędzie.
- Kadri! - jęknąłem.
- Nie jęcz jak baba, tylko wstawaj. Wcale mocno tobą nie rzuciłam, a ten ptak miał urażony honor, więc musiałam stanąć w jego obronie.
Gdyby nie guz na łbie, który mi właśnie rósł, roześmiałbym się, ale tylko spojrzałem na przyjaciółkę z wyrzutem i pomasowałem bolące miejsce, z trudem wstając.
- To wcale nie była obraza...
- Jasne, jasne.
Przytargała stołek spod ściany i ustawiła go na środku, siadając okrakiem i obserwując mnie uważnie.
- Słyszałam, że wyjeżdżasz do Kemenak, Gerard, aby pogadać z parobkami. I bynajmniej nie jedziesz sam.
Westchnąłem i opadłem z powrotem na łóżko.
- To prawda - przyznałem, ciągle masując głowę. - Dostałem zlecenie od Varhorna.
Dziewczyna uniosła brwi.
- Od Varhorna. Nie podlegasz przypadkiem Petrowi? Będzie zazdrosny, bo w tym przypadku nie będzie miał na kogo się wydrzeć.
- Bardzo zabawne - mruknąłem. - Dobrze wiesz, że Varhorn zawsze pozostanie moim przełożonym, ponieważ był nim od początku. Tak samo jak...
- Desmond - weszła mi w słowo i nieco posmutniała. - Tak, wiem. Rozumiem.
Pokiwałem głową i westchnąłem.
- A ty? Co TY tutaj robisz, Kadri?
- W zasadzie, to przyszłam za tobą - jej wargi drgnęły lekko. - Nie, nie stęskniłam się. Nawet kijem bym cię nie tknęła, a co dopiero ręką. Edgar mnie poposił bym miała na ciebie... oko.
- Edgar - uniosłem brew. - Ty i Edgar. A od kiedy spełniasz prośby Edgara?
- Oho - zaśmiała się. - Wyczuwam zazdrość, chłopcze.
- Wcale nie - zaprotestowałem. - Jestem tylko ciekaw. Zanim się pojawił, to podlegałaś w zasadzie tylko sobie i może Petrowi, a od kiedy pojawił się on, to jesteś w stanie wejść dla niego na drzewo po miód.
Wyrzuciła szybko nogę i próbowała mnie kopnąć, ale szybko umknąłem przed jej ciosem.
- Wiele razem przeszliśmy, Gerard. Nie jesteś sobie w stanie wyobrazić nawet połowy z tego, co widzieliśmy. Uratował mi życie setki razy - jej oczy zwęziły się, po czym parsknęła. - Matko, dlaczego ja ci się w ogóle tłumaczę?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie przerywaj, posłucham z przyjemnością.
Potrząsnęła głową i zmierzyła mnie spojrzeniem.
- Zmieniłeś się, Gerard. Nie jesteś tym samym, małym i wystraszonym chłopcem, na którego napatoczył się Desmond w porcie. Stałeś się wojownikiem łuku i strzał. Widziałam jak załatwiałeś parobków od Rotenberga. Zaczynasz się liczyć... - zamilkła na moment. - Rozgadałam się. W każdym razie, ruszę z Wami do Kemenak.
- Z nami? - zdziwiłem się. - A co z Petrem i jego rozkazami?
- Tak się składa, że dostałam dwa tygodnie... wychodnego. Z racji tego, że nie mam nic lepszego do roboty, po za uganianiem się za wilkami i innymi rzeczami, które zleca mi Lesgar, to cóż... wyruszę z wami.
Ucieszyłem się. Dobrze było mieć Kadri przy sobie, tym bardziej, jeśli człowiek wiedział do czego była zdolna. Ciągle jeszcze gdzieś we snach, odbijała mi się echem walka z Kadri, gdy fingowaliśmy moją śmierć.
- Świetnie - stwierdziłem. - Cieszy mnie to.
Pokiwała głową i poprawiła się na stołku.
- Mam nadzieję, bo inaczej miałbyś problem.
Uśmiechnąłem się i położyłem ostrożnie na materacu. Wyciągnąłem ręce w bok, sprawdzając ile jest miejsca.
- Wiesz co, Kadri? - zapytałem. - Ten materac pomieści nas dwoje, a zakładam, że nie masz gdzie nocować, prawda? Tą chatkę od Desmonda przejęła Sorsa, a z tego co wiem, to nie chcesz mieć z nią za dużo do czynienia.
- Nie - odparła spokojnym głosem. Nie widziałem jej twarzy, więc mogłem się domyślić, jaki miała wyraz twarzy. - Będziesz spał na podłodze, a ja na materacu.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi, a jednocześnie gdzieś głęboko, poczułem smutek. Czy była jakakolwiek szansa, że Kadri zbliży się do mnie bardziej niż przyjaciółka, towarzyszka broni? Już chciałem odpowiedzieć, gdy poczułem jak materac ugina się koło mnie, pod jej ciężarem.
- Żartowałam - dodała, kładąc się i wkładając ręce pod głowę. - Możemy tak spać. Nie przeszkadza mi to.
- Przytulić też się chcesz? - zapytałem.
- Spadaj... - mruknęła, zamykając oczy.
Parsknąłem śmiechem, ale więcej już jej nic nie zaproponowałem. Poszedłem za jej przykładem i zamknąłem oczy. Nawet nie miałem pojęcia jaki byłem zmęczony, dopóki nie zasnąłem.


Hołhołhoł? I mamy pierwszy rozdział ;) Tak mnie dopadła wena i stwierdziłam, że coś napiszę. Ne wykluczam dalszych rozdziałów, ale to się zobaczy :) Jak wrażenia?



Rozdział 2. Nie odwracaj się plecami

Następnego ranka, obudziło mnie mocne uderzenie. Coś wylądowało na mojej twarzy, co nie sprawiło mi przyjemności. Do tego do moich uszu dotarł jeszcze głos Kadri, mówiącej:
- Wstawaj, leniu. Z tego co mi wiadomo, za niedługo mamy się stawić przy bramie południowej, a Ty nawet jeszcze nie masz nałożonych majtek.
Wiedziała w którą strunę uderzyć. Zerwałem się natychmiast, półprzytomny.
- Zże... coo? - wymamrotałem, rozglądając się nieprzytomnie.
Miałem na sobie wszystko, w czym wczoraj zasnąłem i byłem w swoim pokoju, po którym kręciła się dziewczyna i wrzucała coś do plecaka. Po praz pierwszy miałem okazję ją podziwiać w bluzce na ramiączkach i obcisłych spodniach. Potarłem twarz, by nieco się ocudzić i jeszcze raz spojrzałem na Kadri. Westchnęła, poirytowana i stanęła przede mną.
- Będziesz tak siedział i się gapił, czy ruszysz łaskawie swój tyłek?
Otworzyłem usta i je po chwili zamknąłem. Jedyna odpowiedź, która przychodziła mi do głowy, nie była najlepszą opcją, więc postanowiłem po prostu zabrać się do roboty. Wiedziałem, że Kemenak jest zimno i potrafi być paskudna zima, więc szybko wygrzebałem grubsze ubrania i wpakowałem je do plecaka. Oprócz tego zabrałem mieszek z pieniędzmi, kilka zapasowych sztyletów, mikstury od mojego przyjaciela i glejt wstępu do miasta koldów. Po chwili oboje byliśmy już na zewnątrz i kierowaliśmy się do bramy. Obszczekały nas psy Godrewa, które chyba bardzo pragnęły za nami iść, ale mój towarzysz skutecznie je odgonił, spuszczając ładunek biologiczny na głowę jednego z szczeniaków. Kadri roześmiała się i pogłaskała kruka po głowie.
- Ma gust - powiedziała czule. - Wie co trzeba robić.
- Oczywiście, że tak - obruszyłem się. - Właśnie dlatego jest moim towarzyszem.
- O tak - odparła. - Wie lepiej niż jego pan.
Ptak zakrakał na jej słowa i zamachał skrzydłami. Stanęliśmy bardziej z boku, by nie przeszkadzać karawanom i innym podróżującym. Poranek był zaskakująco chłodny, ale słoneczny, w sam raz do podróży. Była ogromna szansa, że po drodze nikt nie padnie z odwodnienia, mimo tego każde z nas zaopatrzyło się w kilka bukłaków wody. Oparłem się o mur i rozglądałem za Adamusem, którego jeszcze nie było. Zastanawiałem się, co go zatrzymało. Wyglądał na słownego człowieka. Zresztą takim trzeba być, kiedy ma się kontakt z niewolnikami... Kadri również badawczo przyglądała się przechodniom i gładziła głownię swojego długiego sztyletu. Nie wyglądała na zdenerwowaną, ale znałem ją wystarczająco długo by dostrzec jej nerwy.
- Co jest? - zapytałem cicho, podchodząc do niej.
Potrząsnęła głową.
- Nie wiem, ale coś jest na pewno nie tak. To jest poranek, a tutaj kręci się zbyt dużo ludzi.
- Przecież o tej porze zwykle przejeżdżają karawany z Gór Koldów, Kadri. Od południa zawsze jest taki ruch.
Popatrzyła na mnie z dezaprobatą.
- Patrz uważniej. Jakie płaszcze mają kupcy?
Spojrzałem na nich i dopiero teraz sobie uświadomiłem, co widzę.
- Niech to szlak... - zakląłem cicho. - To nie są szaty koldzie, ale alairskie.
- No właśnie - przytaknęła Kadri. - Alairczycy przybywają od zachodu. Po co im przeprawiać się przez góry, skoro nie muszą?
- W takim razie kim są ci ludzie i czego chcą?
Parsknęła.
- Wszechwiedząca jeszcze nie jestem, a mogą chcieć czegokolwiek. Może mamy paranoję, ale gdyby nie ona już dawno bylibyśmy martwi - chwyciła mnie pod łokieć i pociągnęła. - Chodź, zobaczymy czy nas ktoś obserwuje.
- Ale Adamus... - próbowałem protestować.
- Chodź, nie marudź. Z Adamusem skontaktuję się, gdy się upewnimy, że jesteśmy bezpieczni.
Wzruszyłem ramionami i podążyłem za nią. Wyszliśmy z miasta i traktem skierowaliśmy się naprzód, by po chwili z niego zejść i wkroczyć na ścieżkę do jaskiń.
- Nie oglądaj się! - syknęła.
Z trudem powstrzymałem odruch, ale zapobiegawczo położyłem dłoń na sztylecie. Zaczęliśmy wspinaczkę do góry. Miałem wrażenie, że ktoś przez cały czas nas obserwuje, ale nie pozwoliłem sobie na żadne luzy. Mogliśmy za to przypłacić życiem. Z drugiej strony, wpadanie na zgrają rozwścieczonych bandytów, też nie było najlepszym pomysłem, ale z dwojga złego, lepsze mniejsze zło. Weszliśmy do środka i na powitanie, o mało co nie oberwaliśmy ostrzem, ale Kadri była szybsza i zanim sztylet dotarł do swojego celu, napastnik leżał z poderżniętym gardłem. Reszta rzezimieszków zawahała się, aż w końcu zdecydowała się ustąpić. Dziewczyna chwyciła moją dłoń i pociągnęła w kierunku jaskiń, gdzie przebywał Herszt. Za każdym razem inny, gdy pokonywało się poprzedniego. Ludzi spod ciemnej gwiazdy nie brakowało i takich z przywódczym nastawieniem też. Szybko przeszliśmy przez kładkę, mijając po drodze kilku naszych, którzy postanowili sobie wzajemnie dać po mordach. Nas zignorowano, więc szybko znaleźliśmy się w następnej jaskini. Powietrze było tu zatęchłe, po ścianach lała się woda, a pomiędzy nogami przebiegały szczury. Było zupełnie ciemno. Westchnąłem cicho i zacząłem przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu krzesiwa.
- Kadri - zacząłem.
Poczułem jak dziewczyna dotyka dłońmi mojej twarzy, jakby czegoś szukała.
- Idiota... - mruknęła. - Dawaj strzałę. Potrafisz je puszczać z ogniem, a nie możesz zapalić jednej, pojedynczej?
- Zapalam strzały w locie - próbowałem się bronić. - Nigdy kiedy są w mojej dłoni.
Jej dłonie zawędrowały za mojego ramiona, do kołczanu. Poczułem przyjemne dreszcze, kiedy mnie dotykała, ale nie pozwoliłem sobie dać znać, że to w jakikolwiek sposób mnie porusza. W końcu dziewczynie udało się wyciągnąć strzałę. Chwila ciszy, pstryknięcie i po chwili ujrzałem ogień na końcu strzały, który powoli ją palił. Westchnąłem z żalem.
- Nie martw się - Kadri spojrzała na mnie uważnie. - Zrobisz sobie nową. Chodź, chyba ich na chwilę zgubiliśmy. Nie za szkodzi jak złoimy skórę obecnemu hersztowi i wyjdziemy skrótem.
Herszt okazał się bardzo uległy, kiedy Kadri zagroziła co mu zrobi, więc nawet otrzymaliśmy Derengil, bylebyśmy się stąd ulotnili. Dodałem też, aby pozbył się tych, co pójdą ewentualnie za nami w alairskich płaszczach. Przytaknął i wrócił do trzęsienia tyłkiem w kącie. Uśmiechnąłem się pod nosem i wróciliśmy skrótem do głównego przedsionka, co okazało się fatalnym błędem...

***

Gdy tylko postawiliśmy stopę w głównej komnacie, poczułem jak do mojej szyi zostało przystawione ostrze.
- Nie ruszaj się, taernijski psie, jeśli chcesz przeżyć - poznałem ten akcent i w momencie zapłonąłem wściekłością.
Kadri rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie i powoli schyliła się, aby odłożyć sztylet. Mężczyźni rzucili się ku niej, a ona cofnęła się.
- Spokojnie, odkładam broń - oznajmiła. - Tylko odkładam broń.
To też zrobiła i wyprostowała się. Dopiero teraz miałem okazję przyjrzeć się naszym napastnikom. Oprócz alairskich szat, mieli również małe tatuaże z prawej strony, tuż koło ucha. Nie zauważyliśmy ich wcześniej, ponieważ przy przejściu w bramie, byli do nas odwróceni lewą stroną. Miałem ochotę rzucić się do walki, ale wiedziałem, że to nic nie da. Każdy z nich, był uzbrojony od zębów aż po buty, dodatkowo dostrzegłem utorskich magów. Wzdrygnąłem się, pamiętając jednego z nich z wioski, jak załatwiał moich sąsiadów. Przypiekał ich ogniem i przejmował kontrolę nad ich ciałami... Przymknąłem oczy, próbując pozbyć się wspomnień.
- Zapłacicie za to... - wymamrotałem.
- Słucham? - ten, który trzymał ostrze tuż przy mojej szyi, docisnął je mocniej. - Daj mu w mordę, może spotulnieje.
Zanim zdążyłem się zorientować, pięść wylądowała na mojej twarzy, a po chwili na brzuchu i prosto w splot słoneczny. Krzyknąłem i osunąłem się na kolana, pociemniało mi przed oczami. Ból był potężny i pozbawił mnie na chwilę możliwości rejestrowania tego, co się dzieje. Jakby zza zasłony doszły do mnie krzyki i wrzaski oraz smród... przypalanych ciał. Jakieś odłamki skał posypały się na mnie, więc skuliłem się. Ktoś dotknął moich włosów i tuż przy uchu usłyszałem cichy głos:
- Wstawaj, Gerardzie. Adamus wpadł w samą porę, a to czas na to, aby się stąd wynieść.
Z trudem wziąłem oddech.
- Pomóż mi - wychrypiałem. - Wstać.
Wsparła mnie o swoje ramię, a ja pokręciłem głową. Jakim cudem była taka silna? Pokierowaliśmy się do wyjścia. Jakiś utorczyk chciał nam zablokować drogę, ale szybko został spopielony kulą ognia, która pomknęła w jego kierunku. Obejrzałem się i dostrzegłem, jak Adamus wymachuje laską, która iskrzyła się na wszystkie strony. Walczył z kilkoma na raz, odparowywał ciosy i zadawał własne. Zanim zdążyłem zobaczyć więcej, Kadri wyprowadziła mnie z jaskini i popędziliśmy z powrotem na dół, do traktu, tym razem jednak skierowaliśmy się do wioski Murraga. Minęliśmy starszego mężczyznę i pomachaliśmy mu. Zdziwił się, ale odmachał nam i życzył przyjemnej drogi. Zatrzymaliśmy się dopiero tuż przed zagajnikiem. Oparłem się o jedno z drzew i odgoniłem jakiegoś bezdomnego psa, który zaplątał się w krzakach. Potarłem twarz, wycieńczony. Kadri przyklękła i pochyliła głowę.
- Na Taern - powiedziała. - To był Utor, Gerardzie, ale jakim cudem?
Potrząsnąłem głową.
- Nie mam pojęcia, może ktoś nas wsypał?
Spojrzała na mnie sceptycznie.
- Niby kto? Nie sądzę by ktoś miał... - zamilkła i zmrużyła oczy. - Ten facet, z którym rozmawiałeś po drodze...
- Tak? - powiedziałem ostrożnie. - I co z nim?
- Co chciał?
- A skąd w ogóle o nim wiesz?
- Już ci mówiłam, że szłam za tobą, ale nie na tyle blisko by podsłuchiwać twoją każdą rozmowę. Nie siedziałam też w pokoju u Lesgara, podczas gdy zabawiałeś się z tą panienką.
Zaczerpnąłem powietrza, zaskoczony. Czułem jednocześnie wstyd i gniew.
- Kadri! - wycedziłem. - Nie wcinam się w twoje życie prywatne!
- Też tego nie zrobiłam - odparła chłodno. - Więc nie rozumiem twoich pretensji. Och i pomyłka... owszem, wcinasz się w moje życie prywatne.
Zacisnąłem dłonie w pięści, z trudem nad sobą panując. Dziewczyna nie ułatwiała mi sprawy w najmniejszym calu i jeszcze wymagała ode mnie...
- Cholerny, pieprzony Edgar! - wycedziłem, nie za bardzo zastanawiając się nad tym, co mówię.
Podniosła gwałtownie głowę i zerwała się. W jednej chwili znalazła się tuż przy mnie, z sztyletem w dłoni.
- Posłuchaj! - warknęła.
- Nie! - przerwałem jej ostro. - To ty posłuchaj...
Chwyciłem ją za nadgarstek z ostrzem i jednym ruchem, wykręciłem. Kadri próbowała mi podciąć nogi, ale efekt był taki, że oboje straciliśmy równowagę i wylądowaliśmy na ziemi. Przygniotłem ją swoim ciężarem, poczułem jej wszystkie wypukłości, aż trudno było mi się skupić. Wsparła się dłońmi o moją pierś, a w jej oczach pobłyskiwały gniewne ogniki.
- Złaź ze mnie, Gerardzie! Nic nie rozumiesz.
- Wytłumacz mi - nie miałem najmniejszego zamiaru się ruszyć.
Doskonale wiedziałem, że to jest ta granica, której nie powinien był przekraczać, ale miałem dość tych wszystkich miesięcy, podczas których wzdychałem do Kadri, a ona najzwyczajniej w świecie mnie zlewała. To ja musiałem przejąć inicjatywę. Buzowała we mnie adrenalina, połączona ze strachem, wściekłością i żalem, co dawało mieszankę, nad którą trudno było zapanować. Pochyliłem się i musnąłem delikatnie jej podbródek, a potem odchyliłem się, aby zobaczyć jej reakcję. Oczy miała szeroko otwarte, ale pełne gniewu.
- Błagam cię... - wycedziła bardzo cicho i powoli - Błagam, nie przekraczaj tej granicy...
- Dlaczego...
- Ci faceci, kiedy załatwialiśmy sprawę z Andajami...
Zamarłem. Przypomniałem sobie dziwną sprawę z Kadri, kiedy wybiła co do nogi pięciu chłopa. Jakby była w transie... Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić i odpowiedzieć, usłyszałem trzask gałązek.
- Pięknie. Podczas gdy ja walczę z Utorem, to wy właśnie rozmnażacie rodzaj ludzki na pierwszym lepszych trakcie.
Błyskawicznie przeturlałem się tak, aby znaleźć się obok dziewczyny. Kilka metrów od nas, stał Adamus, nieco pokiereszowany, poraniony i pokrwawiony, ale żywy. Kadri zerwała się pierwsza, rzucając mi mroczne spojrzenie.
- Wybacz, to było drobne nieporozumienie. Powinniśmy ruszać, ponieważ mamy już spore opóźnienie.
Westchnąłem ciężko i również się podniosłem.
- Kadri... - zacząłem.
- Idziemy przez osadę wymarłych, tak? - zignorowała mnie, zwracając się do Adamusa.
- Tak - przytaknął. - Mimo tego to i tak niebezpieczna droga, chociaż o wiele krótsza bo nie prowadzi głównym traktem. Zależy nam na czasie.
Odwrócił się w moim kierunku i zmierzył uważnym spojrzeniem.
- Gerard, chciałbym abyś wysunął się na przód i wcześniej informował o zagrożeniach, jasne?
Mruknąłem coś w odpowiedzi i skinąłem głową.
- Świetnie - Adamus zatarł dłonie. - Póki co przyjazny kawałek koło ruin. W osadzie zacznie się niebezpiecznie. Miejcie oczy i uszy otwarte.

***

Bycie zwiadowcą wcale nie jest takim złym zajęciem. Masz mnóstwo czasu by przemyśleć wszystkie dawno przegrane dyskusje oraz denne sytuacje, w których się znalazłeś. Jednocześnie ćwiczysz podzielność uwagi, rozglądając się za wrogami i starając w myślach nie wdepnąć na piętę jakiemuś umarlakowi. Zręcznie wytyczałem drogę w osadzie, badawczo obserwując przeciwników, którzy na razie byli pogrążeni w letargu. Trudno przewidzieć co może ich masowo wybudzić, więc trzeba było być ostrożnym. Zostawiłem Adamusa z Kadri, pełen sprzecznych emocji. Byłem niemalże pewien, że podobało się jej to, co zrobiłem, ale z jakiegoś powodu nie chciała nic więcej... albo ogólnie nie byłem w jej typie. Zacisnąłem gniewnie szczęki i odgoniłem natrętne myśli. Nie czas teraz na to.
Mieliśmy spokój aż do wieczora, a wtedy rozpaliliśmy ognisko, aby zjeść trochę z naszych zapasów. Przeszliśmy bez problemu całą osadę i zaczęliśmy wchodzić w przesmyk pomiędzy górami. Zanim jednak pogrążyliśmy się zupełnie, to postanowiliśmy odpocząć i ruszyć jutro z samego rana. Przy ognisku panowała nieco napięta atmosfera. Kadri ani razu nie zwróciła się do mnie bezpośrednio, unikała mojego spojrzenia i towarzystwa. Po całym dniu prób, w końcu zrezygnowałem. Nie postąpiłem najlepiej, doskonale o tym wiedziałem, ale pragnąłem by zrozumiała, że trudno mi się dziwić. Adamus raz do czasu wodził wzrokiem ode mnie i do Kadri, ale cokolwiek myślał, to zachował to dla siebie. Nikt z nas też nie chciał wracać do tematu Utorczyków, którzy nagle pojawili się w Trentis. Było to dużym zaskoczeniem, a przede wszystkim ogromnym zagrożeniem dla naszego podziemnego ruchu oporu. Oczywistym było, że trzeba poinformować o tym Varhorna i Petra, ale Adamus powiedział, że się tym zajmie.
Gdy pochłanialiśmy swoje wydzielone porcje, wstał i uśmiechnął się lekko.
- Pójdę skontaktować się z dowództwem i poinformować ich o dzisiejszej sytuacji - wyciągnął dłoń, do której przyfrunęła laska i zamknął ją w uścisku. - Powodzenia.
Kadri zesztywniała na te słowa, jakby ją czymś uraził, ale nic nie odpowiedziała. Wbiłem wzrok w płomienie i obserwowałem tańczące ogniki. Nie miałem nic już do powiedzenia, podobnie jak dziewczyna. Siedzieliśmy więc z milczeniu, a każde z nas w myślach, zżymało się jeden na drugiego. Odchyliłem się do tyłu i wsparłem łokcie o ziemię, gdy nagle coś trzasnęło. Oboje zerwaliśmy się natychmiast na nogi. Pochwyciłem mój łuk i naciągnąłem strzałę na cięciwę, będąc gotowym do podpalenia jej w każdej chwili. Patrzyłem w kierunku, z którego doszedł odgłos. Gałęzie zatrzęsły się.
- Kadri, schowaj się - powiedziałem ze zupełnym spokojem.
Wiedziałem, że będzie protestować, ale nie pozostawiłem jej zbyt wielkiego wyboru, nakładając na nią zaklęcie wyciszenia.
- Wyjdź, kimkolwiek jesteś - powiedziałem zimnym tonem. - Jeśli jesteś Utorczykiem, zginiesz tak samo jak twoi bracia. Wyłaź.
Potężny wrzask wydobył się z zarośli, które rozstąpiły się, ukazując Vanaheim w całej swej postaci. Posłałem strzałę, która wbiła się w lewę ramię kukły i rozprzestrzeniła ogień. Rozwścieczone monstrum zachwiało się i wyrzuciło prawą łapę do przodu. Odleciałem do tyłu i wpadłem na skały, które poważnie mnie poraniły. Na moment pociemniało mi przed oczami. Usłyszałem bojowy krzyk Kadri, która stanęła do walki z kukłą Utoru. Z trudem dźwignąłem się na kolana i ku swemu przerażeniu, dostrzegłem Adamusa, który stał z boku i przyglądał się wszystkiemu z zimną krwią. Widząc moje spojrzenie, uśmiechnął się.
- Ty suki***ie! - wychrypiałem. - Nie kontaktowałeś się z Varhornem ani z Petrem!
- Nie - przyznał, podchodząc. - Dałem znać Utorczykom, że droga wolna.
Zakaszlałem, a z moich ust popłynęła krew. Najpierw małym strumyczkiem. Zrozumiałem co się dzieje... Vanaheim to potężne, magiczne monstra, które potrafią praktycznie wszystko i są niepokonane w walce. Przynajmniej nikt z nas nie znalazł jeszcze sposobu na to, aby pokonać tego potwora. Chciało mnie wykończyć wewnętrznym krwotokiem.
- Adamus, jesteś jednym z nas...
- Byłem - przyznał cicho, obserwując zmagania Kadri. - Byłem, Gerardzie. I to wystarczyło do tego, aby wstąpić w wasze szeregi na nowo, gdy przestałem nim być.
Zbliżył się.
- Nie martw się. Nikt nie domyśli się, że stoi za tym Utor, a tym bardziej ja. Vanaheim skończy z twoją dziewczynką równie szybko co z tobą, a potem zabierze się za mnie... zostaniemy odnalezieni w ostatnim stadium rozkładu i wszyscy powiedzą, że to niedźwiedź...
- Ty zdrajco... - wymamrotałem.
Adamus roześmiał się.
- A mało takich? Gaen? I ta jego kochanka... Stajecie się słabsi i tracicie poparcie. Wszyscy wiedzą, że ta walka jest przegrana z góry. Wiemy, że macie jaja skalaterka, a wielki Komandor Utoru już szykuje armię aby się was pozbyć. Nigdy nie zobaczycie już wolnego Taernu. Nigdy...
Kukła rzuciła Kadri o drzewo, która już się nie poruszyła. Krzyknąłem. Monstrum ruszyło w moim kierunku i podniosło łapę, aby zadać ostatni cios. Nie miałem siły, aby się bronić. Usłyszałem jeszcze głos Adamusa:
- Pokój z twoją duszą, dzielny wojowniku. Tego nikt nie może ci odmówić.
Potem zapadła długa i wieczna ciemność.

Wena jednak trzyma nadal :) Zaskakujące


Rozdział 3. Pogrzebane nadzieje

Ciemność trwała zdecydowanie za krótko jak na całą wieczność. Po za tym niebo z całą pewnością nie wyglądało jak sufit w koldziej karczmie, w której się obudziłem. Z trudem otworzyłem oczy i uświadomiłem sobie, że oddycham, a w dodatku, że nie krwawię. Powoli zacząłem dotykać palcami mojego ciała, chcąc się przekonać, że na prawdę się nie rozwieję, że jestem materialny. Byłem przykryty grubym, wełnianym kocem, a pokój w którym się znajdowałem był mały, z jedną szafą, stolikiem, łóżkiem i kilkoma krzesłami. Spróbowałem się podnieść, ale szybko odkryłem, że nie dam rady. Opadłem na poduszki, wycieńczony. W głowie plątało mi się tysiące myśli. Jakim cudem przeżyłem? Kto mnie uratował i zaniósł do karczmy? Co z Kadri? Co z Adamusem i Utorską kukłą? Czy wiadomości dotarły do Petra i Varhorna? Zajęty wątpliwościami i własnymi myślami, nie usłyszałem drzwi, które cicho zaskrzypiały. Starca dostrzegłem dopiero wtedy, gdy podszedł do łóżka i pokiwał głową.
- Widzę, że już się obudziłeś. To dobrze. Cud, że żyjesz.
Otworzyłem usta, chcąc odpowiedzieć, ale zamknąłem je po chwili. Znałem tą twarz... Staruszek uśmiechnął się dobrotliwie.
- Nie poznajesz mnie? To ja, Temdin.
- Temdin! - wykrztusiłem. - Ale... jak... przecież Augustephium...
- Nie martw się tym zbrodniczym drzewem. Owszem, jest potężne, ale nie głupie i dobrze wie, gdzie może lokować swoje korzenie i swoje sługi.
- Ja żyję... - mruknąłem.
Chyba miałem jakiś problem z składaniem poprawnych zdań, ale Temdinowi najwyraźniej to nie przeszkadzało. Przysunął krzesło do mojego łóżka.
- Żyjesz. Jak już powiedziałem - cudem. Znalazłem ciebie i tą dziewczynę w momencie, kiedy ten paskudny potwór miał was zgnieść na miazgę. Udało mi się go pokonać...
- Kukłę Utoru?!
- ... potem wziąłem się za tego wstrętnego i potężnego maga. Nie przewidział, że będę miał pod ręką kilka przydatnych mikstur, więc rzuciłem w niego jedną, którą rozbił - starzec zachichotał. - Zmienił się w kota.
- Kota - powiedziałem głucho.
- Taak, tak. Mam go ze sobą, ale związany, bo strasznie agresywny. Po drodze wrzucę go do psiarni, jak będę szedł do koldziego sklepu.
Przymknąłem oczy, czując częściową ulgę.
- Co z Kadri? - zapytałem czując, że muszę uzyskać odpowiedź na to pytanie.
- Kadri... hmmm... Kadri... - mruknął Temdin. - Żyje, jest w jednym kawałku, prawie zdrowa, ale gorzej z jej psychiką, rzekłbym.
- Co to znaczy? - gardło ścisnęło mi się mocniej.
Wzruszył ramionami.
- Od razu, kiedy odzyskała przytomność, to spytała o ciebie. Była zaniepokojona, a wręcz można powiedzieć, że przerażona. Skontaktowała się z kimś tam... takie długie włosy, kobieta...
- Maja?
- Nie - potarł czubek nosa. - Żołnierz - kobieta.
- Trinu!
- Tak, tak. Trinu. Wyszedłem wtedy, nie mam w zwyczaju podsłuchiwać czyiś rozmów, ale gdy wróciłem, dziewczyna była zalana łzami i zdruzgotana. Chyba otrzymała jakieś złe wieści. Nie mam też w zwyczaju wtykać nos w nie swoje sprawy, więc zapytałem, czy potrzebuje pomocy, a gdy odparła, że nie, to poszedłem.
Zacisnąłem powieki z całej siły, pragnąć odciąć się od świata. Po raz pierwszy w życiu pragnąłem przestać oddychać. Nie mogło być aż tak źle... nie wierzyłem w to, że nagle wszystko się posypało. "Musiało się sypnąć" - szepnął w mojej głowie zdradziecki głosik. Pragnąłem się dowiedzieć, co tak bardzo wstrząsnęło Kadri, ale z drugiej strony, obawiałem się najgorszego. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść.

***

Dziewczyna przyszła do mnie następnego dnia, ale z trudem patrzyła mi w oczy. Nadal nie byłem w stanie się podnieść, a Kadri już była na nogach, co mnie zdziwiło. Usiadła na brzegu łóżka i westchnęła ciężko, nie odzywając się przez moment. Wbiła wzrok przed siebie, a ja obserwowałem ją uważnie.
- Gerardzie - zaczęła cichym głosem i spojrzała na mnie. W jej oczach, ku swemu ogromnego zaskoczeniu, dostrzegłem łzy. - Petr Volsunr nie żyje, został zabity przez Utorczyków,a Varhorn jest w niewoli. Jaja skalaterka przepadły, tak samo jak powoła naszej broni i funduszy. Jesteśmy spłukani... i...
Głos ugrzązł jej w gardle. Odchyliła głowę do tyłu i odetchnęła z wyraźnym trudem, próbując się opanować.
- To koniec Taernu, Gerard. Przynajmniej na razie. Możemy pogrzebać nasze nadzieje o wolnym kraju.
Patrzyłem na nią, w dalszym ciągu nie rozumiejąc co do mnie powiedziała.
- Petr... - zacząłem.
Chwyciła moją dłoń i ścisnęła.
- Tak - powiedziała łagodnym głosem. - I nie tylko. Znaczna część dowództwa zginęła tej samej nocy, podczas której próbowano nas zamordować. Trinu przeżyła tylko dlatego, że akurat była u Landau. Nie żyje Leokadia...
- A Maja? - zapytałem z napięciem. - Co z Mają?
Potrząsnęła głową.
- Nie mam pojęcia. Ellir, Gopnik, Kulbaka, Then, Vieviene... żyją. Na całe szczęście. Dzięki nim udało się pozbyć Utorczyków z obozu... Gdybyś widział Trinu... nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
Nie miałem pojęcia co powiedzieć, więc tylko ścisnąłem jej dłoń w odpowiedzi. Nie wiedziałem nawet za bardzo co czuć. Wewnątrz mnie ziała ogromna pustka, która zasysała wszystko inne do środka. Sens wszystkiego, co robiliśmy w ostatnich miesiącach, a nawet latach, znikł. Ludzie, z którymi wiązaliśmy nadzieję, zginęli. Utor, który miał zostać pokonany, zwyciężył. Zwyciężył, wdeptując nas w ziemię i pokazując nam, że jesteśmy niewiele bardziej warci od robaków.
Kadri pochyliła się ku podłodze.
- Masz tam trochę miejsca? - zapytała, nieco stłumionym głosem.
Spojrzałem w bok i postarałem się przesunąć. Dziewczyna wsunęła się koło mnie pod koc i przytuliła.
- Kadri...
- Ani słowa. Nie chcę nic słyszeć o miłości, ani o walce. Chcę przez jedną sekundę wyobrazić sobie, że jesteśmy w spokojnym miejscu, niepoganiani przez nikogo...
Pogrzebane nadzieje... Jeśli ona umiera ostatnia, zostają wspomnienia. Wiedziałem na co liczyła Kadri, więc pozwoliłem na to jej i sobie. Na wspomnienia. Na całe mnóstwo wspomnień tego, co już nie wróci. Tego, czego nie szanowaliśmy, ponieważ gdy to mieliśmy, nie docenialiśmy wartości. Zobaczyliśmy ją, gdy utraciliśmy to, co najważniejsze... A teraz odebrano nam ostatni oręż w walce... nadzieję.

Niedawno obchodziliśmy 100 lat niepodległości... czy szanujemy nasz kraj, tak jak się należy, pomimo jego wad? Czy doceniamy to, co mamy nie narzekając na to, czego nie mamy? Czy narzekanie coś zmieni w naszym życiu?


Rozdział 4. Wieści od Trinu

Po ostatnich wydarzeniach, pogrążyliśmy się w dziwnym letargu, który przejmował kontrolę nad naszym zachowaniem i naszym życiem, które przestało mieć sens. Doskonale wiedzieliśmy, że musieliśmy zacząć robić cokolwiek, aby się nie stoczyć, ale każde większe przedsięwzięcie, wydawało nam się górą nie do pokonania. Temdin opiekował się nami i dokarmiał, ale wkrótce i jemu udzielił się nasz ponury nastrój. Przebywaliśmy w karczmie piliśmy piwo i rozrabialiśmy wieczorami. Pewnego dnia zacząłem mozolny trening, aby powrócić do kondycji, którą utraciłem wskutek zbyt długiego nicnierobienia. Wstałem z łóżka i zacząłem się ubierać, gdy do środka, jak burza wpadła Kadri. Obrzuciła mnie krótko spojrzeniem i chwyciła za łokieć.
- Chodź. Teraz - powiedziała to tonem, który nie znosił sprzeciwu.
- Czekaj, czekaj - wsparłem się ręką o framugę drzwi. - Nie wyjdę w majtkach. Daj mi się ubrać.
Parsknęła.
- Nie masz nic interesującego, więc możesz iść w majtkach. Nie ma czasu.
Uniosłem brew.
- O co chodzi? Widzę, że ci się pali, ale nie wiem dlaczego.
- Trinu przekazała wieści przez jednego z naszych, że chce się z nami spotkać. Będzie tu za godzinę.
Zaskoczony, otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale nic sensownego nie przyszło mi do głowy.
- Mhm - mruknąłem i sięgnąłem po spodnie. - W porządku.
Kadri przyjrzała mi się i przygryzła wargi. Miałem wrażenie, że czegoś w tej chwili chciała, ale odwróciła się napięcie i powiedziała przez ramię:
- Czekam na powierzchni.
Ubrałem się, wziąłem łuk i kołczan z strzałami oraz sakiewkę z monetami, którą przypiąłem do pasa. Zaskoczył mnie fakt, że ktokolwiek z naszych chciał się z nami kontaktować. To było niebezpieczne, szczególnie teraz, gdy Utor wiedział praktycznie o wszystkim. Ogarnąłem spojrzeniem pomieszczenie i zamknąłem pokój na klucz, chowając go do kieszeni. Kadri zastałem zaraz koło zejścia do Podziemnego Kemenak. Podążyłem za nią, mijając kupców, koldów i innych poszukiwaczy złota, którzy rankiem kręcili się w poszukiwaniu zleceń. Wyszliśmy przez bramę i skręciliśmy zaraz w lewo, wchodząc do małego budynku, który był więzieniem. Kadri rzuciła woreczek złota na stół, gdy strażnik już podrywał się aby nas stąd wygonić. Chwycił worek i zważył go w dłoni, patrząc na nas podejrzliwie.
- Może być... - mruknął. - Dziesięć minut i wynocha.
Weszliśmy do podziemi. Podałem Kadri pochodnię, którą pokazała nam schody na dół. Na dole było zimno i wilgotno, a powietrze było zatęchłe, przepełnione smrodem niemytych ciał. Tuż przy kratach, czekała na nas Trinu, która na nasz widok, uśmiechnęła się blado.
- Gerardzie, Kadri - przywitała się. - Dobrze was widzieć... żywych.
- Ciebie również - odparłem i odwzajemniłem uśmiech.
Kadri nie powiedziała nic, wpatrując się badawczo w przywódczynię.
- Co powiedziałaś mi o Majii przy ostatnim spotkaniu?
Spojrzałem na nią zdziwiony, a Trinu zamrugała.
- Że była zdesperowaną i młodą dziewczyną, która w młodości miała swój mały, sekretny pamiętnik.
Kadri odetchnęła i pokiwała głową.
- Trinu - otarła twarz wierzchem dłoni. - Cieszę się...
- Wiem - odparła cicho kobieta.
- Hola, hola - uniosłem dłonie do góry. - O co chodzi?
Obie skierowały spojrzenia w moim kierunku.
- To był znak, który ustaliłyśmy razem z Kadri i Mają, gdy sprawdzałyśmy drogę do Magroth, dwa miesiące temu.
- Zgadza się - przytaknęła moja przyjaciółka. - Znak rozpoznawczy, dzięki któremu wiemy, że nikt pod nas się nie podszywa.
Dowódczyni przekrzywiła lekko głowę, mierząc mnie badawczo.
- W zasadzie powinnyśmy sprawdzić jeszcze ciebie.
- Ja to ja - odparłem. - Uwierzcie, mnie nie da się podrobić w żaden sposób.
- Zgadza się - mruknęła Kadri. - Nawet najgłupszy Utorczyk jest zbyt mądry by puszczać takie teksty jak ty...
- Ej! - zawołałem.
Trinu uśmiechnęła się lekko i pokręciła głową.
- Dobrze wiedzieć, że jesteście w miarę dobrej formie, chociaż trudno, w naszym przypadku, mówić tu o jakiejkolwiek formie. Przynoszę kilka... wskazówek, odnośnie tego, co dalej. Uznałam, że lepiej skontaktować się z wami bezpośrednio. Nikt nie może wiedzieć, gdzie się udacie.
- A gdzie się udamy? - potarłem zarost, ciekawy tego, co ma do przekazania nam Trinu. - Oby jak najdalej stąd.
Kadri oparła się o kraty i wbiła wzrok w Trinu. Kobieta chwyciła mały medalion, który miała na szyi.
- Twoje życzenie zostanie spełnione, Gerardzie. Nie na darmo badałyśmy drogę do stolicy Imperium. Ruszycie tam jutro.
Kadri zachłysnęła się, zaskoczona, a ja uniosłem wysoko brwi.
- Do Magroth? - zapytałem z niedowierzaniem. - Do tego Magroth?
- Zgadza się. Do tego Magroth. Petr nie żyje, a to on całe dowództwo miał na karku. Jego strata i wielu innych to potężny cios, który rozsypał nas w puch pod względem organizacyjnym. Wyszliście spod generała Varhorna, który uwielbiał organizację, umiecie sobie poradzić w każdych okolicznościach, dlatego uznałam, że wyruszycie do stolicy.
- Po co? - głos Kadri był cichy, pełen gniewu.
Dowódczyni opuściła ręce wzdłuż ciała.
- Doszły mnie słuchy, że obecnie w Magroth przebywa brat Petra, Ludwik Volsunr - wyśmienity wojownik, który poprowadził I armię Taernu, podczas obrony naszej stolicy. Po przegranej, oddał część żołnierzy Petrowi, a sam zapadł się pod ziemię. Długo próbowaliśmy się z nim skontaktować, ale bez skutku. Dopiero niedawno, za sprawą Humbolta, udało nam się namierzyć miejsce jego ostatniego pobytu i wszystko wskazuje na to, że jest w Magroth. Ktoś musi stanąć na czele Taernijczyków i musi to być Ludwik.
- Mamy go odnaleźć? - zapytałem, pełen mieszanych uczuć. - I co wtedy?
- Wtedy - Trinu uśmiechnęła się. - Przyprowadźcie go tu.

***

- Zupełny idiotyzm! - wycedziła Kadri, chodząc w te i we wte po moim pokoju. - Ludwik jest dokładnie taki sam jak Petr Volsunr, a może jeszcze gorszy!
- Skąd wiesz? Znasz go?
Rzuciła mi groźne spojrzenie.
- Oczywiście, że tak. Walczyłam w tej armii przez pierwsze dwa dni i byłam jedną z podkomendnych Ludwika. Najgorsze dwa dni w moim życiu... ten człowiek jest nie do strawienia.
Wzruszyłem ramionami.
- Kto wie - mruknąłem. - Może niedźwiedź z jaskini by go strawił.
Kadri rzuciła mi jedno z tych spojrzeń, po których wolałem się już więcej nie odzywać. Opadła koło mnie, na łóżko i westchnęła ciężko.
- Ale rozkaz to rozkaz... - dodała. - Nie wypniemy się przecież na Trinu. Teraz każdy potrzebuje każdego.
- Jaką obierzemy drogę? - zapytałem, będąc ciekaw. - Do stolicy chyba długa droga i zanim się tam zjawimy, to Ludwik zdąży zwiać.
- Rozmawiałam z Temdinem. Ten alchemik jest zaskakująco potężny... przygotuje mikstury, które zmienią nas w ptaki na określony czas. Dzięki temu powinniśmy zaoszczędzić kilkanaście dni piechotą lub kilka dni na koniach.
- Ptaki - uśmiechnąłem się lekko. - Interesujące.
Uśmiech jednak zaraz zszedł z mojej twarzy, gdy przypomniałem sobie o moim kruku. Mój towarzysz gdzieś przepadł, zaraz po ataku. Był żywy, wiedziałem to, ale nie miałem pojęcia gdzie mógł być. Było to niepokojące, zważywszy na to, że nawet jak gdzieś odleciał, to wracał maksymalnie po trzech dniach. Kadri szturchnęła mnie. Ocknąłem się z zamyślenia i spojrzałem na nią. Napotkałem jej pytający wzrok.
- O co chodzi?
Westchnęła i przewróciła oczami.
- Pytałam, czy dziś też mnie przyjmiesz.
- Nie śpisz u siebie?
- Ten pokój jest beznadziejny - odparła. - Chcę mieć chociaż trochę wygody, zanim znów wyruszę w podróż.
Wzruszyłem ramionami.
- Mnie się to podoba, wiesz o tym.
Otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła. Ciągle między nami było swego rodzaju napięcie, przypominające o wydarzeniach z traktu. Nie poruszałem tego tematu celowo, nie chcąc rozpętywać burzy, gdy zaczęło się nam znowu w miarę układać. Nadal jednak nie byłem pewien jak Kadri się do mnie ustosunkowała.
- Robisz to, bo będę kolejną dziewką do kolekcji, czy w czym rzecz? - zapytała, wspierajać głowę na łokciu, odwracając się w moją stronę.
- Nie - wbiłem wzrok w sufit. - Myślę, że się... zauroczyłem.
- Zauroczyłeś się...
Nie miałem odwagi by spojrzeć w jej twarz.
- Miałam zbyt wielu facetów po drodze, aby odróżniać miłość od zwykłego jednorazowego numerku.
- Edgar... - zacząłem.
- Edgar to kilku razowy numerek z limitem. Nie byłabym wstanie z nim wytrzymać dłużej niż tydzień, mimo tego, że wiele nas łączy.
Nic nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem, najzwyczajniej w świecie, co powiedzieć. Jeśli nie Edgar... to może problem był ze mną?
- Kadri, ja...
- Nie - odparła rzeczowo. - Nie ty. To ja. Nie chcę się z nikim wiązać, rozumiesz? Jeśli to zrobię, to daję Utorczykom kolejną szansę do zranienia mnie i osłabienia, gdy tymczasem muszę być silna. Podobasz mi się, Geradzie. Podoba mi się to, jak na mnie patrzysz, ale nie dam ci nic więcej ponad to, co teraz.
Uśmiechnąłem się gorzko. Już wiedziałem na czym stoję.
- W porządku - powiedziałem cicho. - Rozumiem.
Patrzyła na mnie badawczo. Rozumiałem. Sam miałem podobne opory, ale z drugiej strony miłość do matki i brata, dawała mi siłę do wstawania i walczenia z Utorem, aby pomścić ich śmierć. Wspomnienie wszystkiego, co straciłem, napawało mnie wściekłością i chęcią zemsty. Czy dla niej...? Poczułem jak Kadri wstaje. Westchnęła cicho.
- Prześpię się jednak u siebie - powiedziała.
Usłyszałem, jak zatrzymała się na moment w progu, ale po chwili drzwi zamknęły się delikatnie.
- Dobranoc - powiedziałem do głuchej pustki.

Dobry wieczór :) i po świętach oraz Nowy Rok. Ten czas szybko leci...

_________________
Śpiesz się powoli, a zdążysz wszędzie

Teraz mogą krzyczeć głośno Ci, którzy mają w zwyczaju hejtować i obwalać innych łajnem. Ostrzegam lojalnie, zgłaszam każde łajno w przekleństwami i wyzwiskami

Zwolenniczka kulturalnej dyskusji


31 Gru 2018, o 02:04

Podziękowali: 4 desacred (4 Sty 2019, o 19:33), Kamikace (31 Gru 2018, o 19:01), karinaaaaa (6 Sty 2019, o 05:36), smilodon (31 Gru 2018, o 03:47)
Profil
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Odpowiedz   [ 1 post ] 

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Skocz do: